On coraz później wracał z pracy, ona już nie czekała z obiadem. Zostały im tylko pozory.

Dom był przestronny i pełen designerskich gadżetów, ale nikt w nim nie był radosny. Nabywane hurtowo przedmioty miały zapełnić gołe ściany, a może odwrócić uwagę od wewnętrznej pustki oraz tego, że nic nie jest tak, jak powinno.

Jeździli razem na urlop, choć tak naprawdę osobno. Spędzali razem święta, choć tak naprawdę spełniali cudze oczekiwania, zaciskając zęby.

Na co dzień też zaciskali zęby, jakby wspólne życie było karą lub pomyłką, jednym z licznych obowiązków.

Żałowała tylko tego, że nie może przekazać swoim dzieciom wzoru relacji pełnej ciepła i zaangażowania. Miała poczucie, że oszukuje wszystkich naokoło, ale najbardziej samą siebie.

Mieli wspólny kredyt, ale coraz mniej wspólnego ze sobą. Mieli status przykładnej rodziny. Daliby wszystko, by kupić tę wersję siebie, którą „sprzedawali” sąsiadom. Każde miało swoje życie, ale w osobnym wymiarze – bez części wspólnej.

Żadne nie miało odwagi, by wykrzyczeć drugiemu prawdę w oczy lub odejść bezgłośnie, jak bezgłośna była dynamika między nimi. Nie było już kłótni, pretensji, żali, tylko narastająca obojętność i wspólne sprawy. Ostatnie spoiwo.

Dręczyło ją poczucie bezpowrotnie straconego czasu. I tylko odwagi brakowało, by lepiej go wykorzystać. Ktoś jej powiedział: „Nie bój się tego, że twoje życie się skończy, obawiaj się tego, że się nigdy nie zacznie.”

Tak bardzo chciała znów żyć. Tylko nie miał jej kto towarzyszyć. Zrozumiała, że czasem odkrywanie nowych lądów może odbyć się w pojedynkę. Nie przyrosła do fotela, nie miała obowiązku co dzień grać w przewidywalną grę.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments