I znów przyszedł do mnie ten stan, stan wkurzenia na życie, na siebie, na możliwości i ich braki… Znów mam wrażenie, że dotarłam pod same drzwi, ale boję się wyciągnąć rękę, żeby zapukać. Odwracam głowę w panicznym poszukiwaniu wyjścia z pułapki, w poszukiwaniu jakiejś innej drogi, jakiejkolwiek, byle jakiej, byle dalej od tego, co spodziewam się znaleźć za tymi drzwiami.

Za drzwiami, do których miałam dojść, a które idą za mną, obok mnie lub wyprzedzając mnie o parę kroków – przez wieki. Przyzywają mnie swym sędziwym wiekiem i tajemnicami, które otworzą się przede mną, kiedy przestąpię ich próg.

Przyzywają niespotykaną rzeźbą słojów. Przyzywają tym, że wiedzą, są w posiadaniu tajemnej wiedzy, której tak mi brakuje, ale jednocześnie boję się przestąpić spowijające je mgły, boję się, że kiedy się rozwieją, kiedy odsłonią przede mną, to, co skrywają – nie będę już miała wymówki. Nie będę mogła zasłaniać się niewiedzą, niezdecydowaniem, nie będę już mogła odejść mówiąc: “przecież nic nie widziałam, nic nie wiem, dajcie mi wszyscy święty spokój!”

Przyzywają zapachem i żywicznym aromatem, który niosą ze sobą przez wieki, a który od dawien dawna naprowadza mnie na ich ślad. A jednak odwracam głowę w panice szukając innego wyjścia. Z rosnącą obawą, z przerażeniem, że kiedy je otworzę, kiedy przestąpię próg, nie  wyjdę już ta sama! To zmiana, której obawiam się najbardziej.

Kiedyś już przekroczyłam te drzwi i… nie byłam przygotowana na to, co spotkało mnie za nimi.

znow mam ochote tupac

Do dziś to wspomnienie odbiera mi oddech, a zmysły uciekają w popłochu. Kobieta, którą spotkałam za drzwiami, kobieta, której szukam i spodziewam się znów spotkać, była zbyt silna, zbyt pewna siebie…, zbyt odważna i bezkompromisowa. Nie do przyjęcia wtedy dla mnie. O wiele łatwiej tkwić w zagubieniu, w “rozkładaniu rąk”, w zbawiennej niewiedzy, w ogólnym braku…, karmić się nim. O wiele łatwiej. Źle, jałowo, bezcelowo, ale prościej. Jakoś bardziej znajomo. Przyzwyczaiłam się chyba…

Może też zwyczajnie boję się – boję się tego kolosalnego obciążenia, które jawi mi się takie przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń. Już kiedyś wzięłam je na swoje barki…, już kiedyś boleśnie upadłam pod jego ciężarem…

Jak bardzo tkwimy w okowach tego, co wydaje nam się znajome, pewne, bezpieczne, nawet jeżeli to prosta droga do grobu? Jak bardzo dalej tkwię w iluzji tego, że coś się zmieniło, że udało mi się coś odmienić? Jak bardzo dalej boję się otworzyć te drzwi? Ile jeszcze razy je ominę i pójdę w innym kierunku? KIEDY W KOŃCU ODWAŻĘ SIĘ POMYŚLEĆ O SOBIE??? CZY SIĘ ODWAŻĘ?

NIE WRÓCĘ STAMTĄD TA SAMA, jestem tego pewna!

Ale wiem, że już czas. Czas już nadszedł. Albo pójdę tą drogą, albo nadal będę oszukiwać się, że żyję i jestem tam, gdzie być chciałam.

Coraz mocniej czuję, że  CZAS WYRUSZYĆ W DROGĘ…

Bez względu na to, co będę musiała poświęcić:

swój komfort,

wygodę,

spokój,

stan zawieszenia i

całą jałową próżnię, którą otoczyłam to wszystko, co JA CHCĘ OSIĄGNĄĆ!

Najwyższy czas to odkopać, wydobyć na powierzchnię i za tym podążyć!

http://wsercugorzlotych.wordpress.com/

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments