niedoskonała mama

niedoskonała mama

DSC_0167
felieton

Zapiski z telefonu

Mieć małe poczucie obciachu. Nie chcieć się wciąż udoskonalać, ale czuć, że mam aż nadto. Nie kilogramów czy zmarszczek, ale dobra, które w każdej wolnej chwili doceniam. Nie będę trzymać najlepszych ciuchów na specjalną okazję, żyję i to jest specjalna okazja. Zdecydowanie jestem za stara, by stroić się dla jednego mężczyzny i za młoda, by przestać się to robić. Zaczęłam robić to dla siebie. Bardziej niż urodę chcę podkreślić, że daję sobie to, co najlepsze, bo na to zasługuję. Bo jeśli ciągle będę odkładać siebie na potem, to mogę nie zdążyć i coś przegapić. Nogi, które można odsłonić w szortach, wyzwania i szanse, które już się nie powtórzą i na które nie będzie lepszego czasu.

Przyłapuję się na tym, że wciąż na coś czekam, na lepszy moment, aż dzieci podrosną, przestaną chorować i będę mogła się wyspać. Ale nadal nie mogę, bo choć nie budzą się w nocy, to biegają po nocy i nie dają zagonić się do łóżek, a potem po odprowadzeniu ich do szkoły, potrzebuję drzemki, by mózg nie lasował mi się tak jak wtedy, gdy wstawałam na nocne karmienia i w ciągu dnia traciłam kontakt z bazą (wszystko leciało mi z rąk i czekałam, aż zaparzy się herbata, której nie zalałam wrzątkiem). Nie wiem, czy jeszcze będę mogła się wysypiać, a jeśli tak, to kiedy. Z wychowaniem dziecka jest jak z porodem. Nikogo nie obchodzi, że już nie chcesz, nie możesz, nie wytrzymasz. Straciłam złudzenia, że przy starszych dzieciach jest mniej zachodu. Pozostaje robić swoje w niedoskonałych okolicznościach i zamiast czekać na dzień, w  którym pojawi się czas i przestrzeń na moje potrzeby, zaplanować je, pozwalając, by wszystko inne zaczekało. Postawić siebie na pierwszym miejscu, bez poczucia winy, lęku przed krytyką i łatką egoistki. Nie daj sobie wmówić, że nie masz prawa być zmęczona, nawet jeśli ktoś inny na twoim miejscu by nie był. Każdą z nas dojeżdża inny kaliber. Nie można amputować pewnych stanów, nawet jeśli ich nie chcemy, nie jesteśmy z nich dumne. Bo zmęczenie albo jest, albo go nie ma i nie ma tu żadnej głębszej filozofii.

Na pewnym etapie życie, jak o 20.00 usiądziesz z sąsiadką przy herbacie, to głównie ziewacie do siebie, mniej rozmawiacie. Listopad-wiadomo: poranne wstawanie, obowiązki, po wakacyjnej opaleniźnie i energii nie ma śladu. Ale raźniej być zmęczoną w czyimś towarzystwie, kto tak samo dźwiga codzienność, trochę zawieszony w próżni przed nadchodzącymi świętami, czekając na lepszy czas, aż coś się zacznie dziać i zrobi się przyjemnie. Zaczną pachnieć pomarańcze, rozbrzmiewać kolędy, spadnie śnieg, przestanie być szaro. Kręcisz się po tym domu i kręcisz, a efektów i tak nie widać, poza tym że jesteś urobiona. No to jest was dwie.

Nie potrzebuję, by ktokolwiek stał za mną murem, poradzę sobie, bo ja za sobą stoję murem. Bo sobie ufam, bo siebie znam, bo daję radę, nawet gdy jest pod górkę. Doceniam siebie, to, że mogę na siebie liczyć. Mogę wybrać swoje towarzystwo, jeśli cudze mi nie odpowiada, jeśli czyjś głos nie jest miękki, delikatny, tylko wzburzony, szorstki i pełen pretensji. Jeśli każdy będzie czuł się dobrze sam ze sobą, to czego może kiedykolwiek zabraknąć?

Dobrze mi ze sobą i jest to dla mnie ważniejszej niż obecność kogoś, kto poręczy za moją wartość. Nawet jeśli akurat nie ma obok nikogo, by dotrzymać mi kroku, by w moim towarzystwie czuć się ze sobą dobrze, nie szkodzi, mam siebie. Każdy sam za siebie odpowiada, nikogo nie „zepsułam”, nikogo nie naprawię, więc pozostaje żyć najlepiej, jak się potrafi w każdych okolicznościach. Koniec z dźwiganiem innych, ich problemów, złych nastrojów, uczuć, czynów i wyborów. Puszczam ten bagaż, by napełnić się tym, co dla mnie najlepsze.

Marta Szyszko

DSC_0167

Comments

comments