niedoskonała mama

niedoskonała mama

DSC_0175
felieton

Zapiski z telefonu

Wróćmy do czasów, gdy jedzenie było czymś spontanicznie złapanym na nadmorskiej promenadzie, a nie sferą, której podporządkowane jest życie i przeżycie. Wymagającą planowania, logistyki, codziennej orki, od której zależy, czy dziecko wpadnie w złość, bo jest strasznie głodne, a ty się nie wyrobiłaś z obiadem, czy będzie się zdrowo rozwijało, czy niczego mu nie zabraknie. Wróćmy do czasów, gdy ktoś inny robił zakupy i martwił się, czy w lodówce jest cokolwiek poza lodem, gdy w portfelu nie brakowało, a nawet jeśli, nie było to żadne zmartwienie, wystarczyło wrócić do domu.

I zabierz te chwile, gdy ty pół dnia w garach, a ono mówi, że niedobre. I gdy liczyłaś na chwilę dla siebie, ale wiesz, że nic z tego i mówisz, „zaraz”, ale po drugiej stronie cierpliwości brak. I te pytania: czym ty właściwie jesteś zmęczona i co robiłaś cały dzień, na które nie masz siły szukać odpowiednich słów, więc milczysz. I to poczucie, że powinnaś więcej czasu spędzać z dziećmi, ale to ostatnia rzecz, na jaką masz ochotę. I to wieczorne zmęczenie potęgowane myśleniem, co czeka cię jutro i jak sobie dasz radę. A potem dajesz.

I trzymaj mnie z dala od perfekcjonistów, dla których dom nie powinien zdradzać oznak życia i swobodnej ekspresji. W którym nie ma miejsca na rozlany napój, rzeczy nieodłożone na swoje miejsce i brudne naczynia w zlewie. Bo sprowadza to krytykę albo gniew. Daj mi tych spontanicznych ludzi, z którymi mogę śmiać się do łez. Do których mogę rzucać porozumiewawcze spojrzenia. Przy których się nie boję, że będę niewystarczająca lub niewidzialna.

I daj mi te chwile, gdy do zrobienia obiadu brakuje jednego składnika, a ja znajduję go w szafce pod fartuchem, choć byłam pewna, że muszę iść do sklepu, a tak mam kwadrans na wypicie herbaty. I daj mi te skarpetki, które są jego ulubione i do pary, na wierzchu, o poranku. I daj mi to zielone światło, dzięki któremu jestem pod szkołą za pięć, a nie pięć po. I te popołudnia, gdy nic nie jest zadane. I te długie weekendy listopadowe. I te krótkie wieczory, za którymi można się schować pod kocem z książką, bo pogody nie szkoda. I to wyczekiwanie do świąt, bo potem zaraz ferie, wiosna i wakacje. Do świąt rok szkolny się dłuży, a potem pstryk palcami i lato. Zanim dzieci do szkoły pójdą, to czas w domu się dłuży, a potem pstryk i maturę zdają. Daj mi ten wakacyjny hit w środku listopada i to 20 stopni w jesiennym słońcu. Jak lato dłuższe, to zima krótsza. I cierpliwość mi daj, bym nie krzyknęła, nie zrobiła się czerwona ze złości i nie powiedziała o jedno słowo za dużo.

DSC_0175

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments