niedoskonała mama

niedoskonała mama

wrzesień
felieton

Wrześniowe aksamitne poranki

Nadeszły te wrześniowe aksamitne poranki, gdy po zaspanej, tłocznej, roztętnionej części organizacyjnej, zapada nieoswojona cisza, a jedynym przejawem życia jest zapach nikotyny unoszący się z balkonu sąsiada.

Czy to pustka?

Raczej nowy rozdział.

Najłatwiej rzucić się w wir pracy, ale dam sobie chwilę, by dopuścić wzruszenie, a może smutek?

Nie tak to sobie wyobrażałam.

Dzieci z uśmiechem, entuzjazmem, wręcz w podskokach pędzą do placówek żądne spotkań, wrażeń, nowych wyzwań. Przecież miałam czuć to samo, napawać się swoimi herbatkami, tryskać energią, a jestem wypompowanym balonikiem. Mam tyle czasu i tyle przestrzeni, że sama nie wiem od czego zacząć i czuję się przytłoczona nieograniczonym wyborem.

On widzi moją konsternację – hej, czy to nie ty zawsze się mądrzysz, że kochasz swoje dzieci, więc pozwolisz im odejść?

Ta uwaga dotyczyła odebrania syna już po obiedzie, pędziłam z duszą na ramieniu, czy nie tęsknił, nie płakał, nie czeka z nosem przyklejonym do szyby. Nic z tych rzeczy, zabronił przychodzić przed podwieczorkiem.

To ja tęskniłam, to ja jestem mądra w udzielaniu rad, a gdy przychodzi co do czego, czuję to, co każda inna mama, uzbrojona w teorie psychologiczne czy też nie.

Pozwolę im odejść, ale to nie znaczy, że zrobię to z uśmiechem na ustach.

Wraz z nimi pozwalam odchodzić własnej młodości, byciu potrzebną i niezbędną, pozwalam odejść tym wszystkim chwilom, które one przeżyją po raz pierwszy – pocałunek, przyjaźń ze szkolnej ławki, młodzieńcze zauroczenie o smaku świeżo dojrzałego jabłka. Zazdroszczę…

Ale nie dam tego po sobie poznać, nie odbiorę im radości, zamaskuję melancholię i zrobię to, co do mnie należy.

Marta Szyszko

Comments

comments