15 tydzień

Lipiec 2010

Na głowie gniazdo, bo przez tę „chorobę” mocy mi czasem brak do gruntownej toalety. A co tam! Mnie też się dzień dziecka należy co jakiś czas. Drugie gniazdo powstaje, wiję je z coraz większą pasją. Nagle mam nieskończenie wiele energii, tak mi się w każdym razie ostatnio zdawało. Choć nie powinnam, przesuwałam szafki, przestawiałam różne rzeczy w tę i z powrotem i sprzątałam, sprzątałam, sprzątałam.

Już prawie malowałam ściany i zaczynałam renowację mebli, kiedy – szczęście w nieszczęściu –  dzień mi się skończył. Kolejny spędziłam, leżąc. Czułam jak między palcami dłoni, które od przebudzenia nie skalały się żadną czynnością, przecieka mi czas. Godzina za godziną. Ale nie miałam sił, żeby się ruszyć. Mój organizm wyraźnie postanowił pokazać mi, że gniazdko winnam wić powoli, acz systematycznie, a nie rzucać się na robotę jak wariat jakiś. Nie te czasy, kochana; nie te czasy.

Poczułam  bąbelki w brzuchu. Może i można byłoby pomylić je z posuwistymi ruchami w jelitach, gdyby nie fakt, że w rzeczonych jeździ mi namiętnie od początku ciąży, więc po czterech miesiącach ruchy te rozpoznaję bezbłędnie. A tu niespodzianka. Nowe poruszenie, nieznane i ekscytujące. Daleko tym ruchom jeszcze do wzruszających kończyn, przesuwających się pod cienką warstwą skóry brzucha, ale to ruchy wystarczające, by zadrżało mi serce.

Mamy wspaniałych znajomych, dzięki nim mam szansę nie zginąć w gąszczu przygotowań i ciążowych dylematów. Mamy foteliki do karmienia, wanienki, ubranka, śpiworki do wózka… to fantastyczne, że inni są gotowi podzielić się z nami. Pomijając kwestie praktyczno-finansowe, ta pomoc jest o tyle cenniejsza, że o wielu z tych rzeczy nawet bym nie pomyślała.

Ostatnio nasza koleżanka przywiozła mi stos koszulek do karmienia i koszule nocne do porodu z rozcięciami na piersiach – nie wpadłabym na pomysł, że może mi się przydać taka wyspecjalizowana odzież! To nieprawdopodobne jak ogromny know-how związany jest z ciążą i porodem, a przecież to dopiero początek – rynek nastawiony jest przede wszystkim na dzieci już narodzone. Dostaliśmy też mnóstwo zabawek, podgrzewacze do butelek, laktatory – gdyby zakupy sprawiały mi frajdę, mogłabym powiedzieć, że odebrano mi masę przyjemności!

 Znalazła się i kobieta, która pomyślała o mnie. Jedyna, na której moje nienarodzone dziecię nie robi specjalnego wrażenia; jedyna, dla której nie jestem inkubatorem słodkiego, uroczego stworzenia, ale kobietą mającą swoje potrzeby! A te potrzeby, oprócz spania i jedzenia, to również chęć wciśnięcia sobie spodni na tyłek! I dostałam – cały kartonik spodni ciążowych, sweterków, sukienek! I rozpakowując, przeglądając, przymierzając, jak nigdy czułam, że w przypadku tego pudła to „mieć” czyni moje „być”! Wiwat dobra doczesne! Wiwat konsumpcja!

Dorota Lipińska

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments