niedoskonała mama

niedoskonała mama

mama z synem
lifestyle

Wieś czy miejskie klimaty?

Wieś ma w sobie coś krzepiącego zarówno matkę, jak i egzaltowaną, miejską progeniturę. Deszcz, nie deszcz – o nudzie nie ma mowy. Można sprawdzić na zagonie, czy truskawki zakwitły, biegać w te i na zad, spalać energię na zebranych po rodzinie i sąsiadach rowerkach lub memłać w palcach ciastolinę.

 Można psa pogłaskać, obserwować ślimaka pełzającego leniwie po trawie. W podobnym tempie toczy się czas, który sprzyja natchnieniu, dotlenieniu i spontanicznemu zadowoleniu. Na wsi można donaszać zachlapane bluzki i taplać się w błocie. Apetyt dopisuje, a dzienny przydział żywieniowy znika z nawiązką.

Progenitura po całym dniu wrażeń pada trupem średnio dwie godziny wcześniej, niż ustawa miejska przewiduje. Tam, by przetrwać, matka musiała zrobić rekonesans przedszkoli i teraz względnie da się wytrzymać. Względnie, bo miasto to pośpiech, rytm dnia odmierzany 7.30 na przystanku i truchtem do domu, by zarabiać, zdążyć na czas z obiadem, czasem dopijać zimną herbatę, zapomniwszy się nad zleceniami.

Miasto generuje stres i adrenalinę, którą koi wieś. Bo wszystko toczy się jak w zwolnionym tempie – poranna kawa w zaparzaczu, z mlekiem prosto z cycka krowy – jeszcze ciepłym. Nie ma mowy o zapomnieniu się nad zleceniami, bo wielki brat /Babcia Męża/ czuwa, by kobieta dopełniała wpleciony w tradycję matriarchat.

Nie ma to tamto, miejsce kobiety jest w kuchni, dzieci w kałuży, a rosołu w garze na kaflowej kuchni. Jest widnokrąg, sałata i rzodkiewka z nawożonej deszczem i kompostem ziemi. Wszystko smakuje, pachnie i wygląda, jak nieskalane czasem i postępem cywilizacji.

Zmywarka obok kaflowej kuchni prezentuje się, niczym przedwojenna budowla sąsiadująca z drapaczem chmur. Kamienica versus biurowce, dawna i nowa rzeczywistość. Internet czasem odcina burza, a wtedy można zapomnieć się nad literami z druku. Pochłonąć, przeżyć, popełnić refleksję.

Gdzieś po tygodniu albo dwóch, zaczyna wieś pod czaszką uwierać. Klaksonów samochodów brakuje i kłębiącego się tłumu, a chyba najbardziej pytlujących na placyku matek. Bo placyki są nieśmiertelne, można udać się na nie po odebraniu progenitury z placówki i oddać przechwałkom, plotom, miejskim newsom. Kto zmienił pracę, wyemigrował, przeprowadził się na nowe, a tęskni za starym. Kto przeprowadzkę planuje i czego brakować będzie najbardziej.

Czy ma to wszystko sens? A jeśli tak to jaki? Grunt, że bywa przyjemnie.

Marta Szyszko

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o