niedoskonała mama

niedoskonała mama

w czym tkwi fenomen polskich blogów parentingowych
społeczeństwo

W czym tkwi fenomem polskich blogów parentingowych?

Polski bloger ma nie lada orzech do zgryzienia, jeśli chce wyłamać się z markotnego nastawienia do otaczającej rzeczywistości. Czytelnicy pragną krwi, potu i zagryzania zębów, a nie wzniosłych wynurzeń o tym, że życie potrafi być piękne.

Nastawienie do życia to kwestia wyboru. Budzisz się któregoś pięknego dnia i dochodzisz do wniosku, mimo dołujących postów na ścianie, mimo wiadomości na Tvnie, mimo nagłówków na Onecie, że do diaska, jak ja mówię, że jest i będzie dobrze, to jest i będzie dobrze. Niezależnie od tego w jakiej znajdę się sytuacji, bo jestem jej panem.

Czasem jest pokusa by wrócić, by unieruchomić swoją twarz tysiącem smętnych myśli, czekających już w kolejce, by odebrać nam chwilę. Najgorsze co wtedy można zrobić, to się poddać. Poddać potokowi, który wbije nas w kanapę i sprawi, że jedyną czynnością do jakiej będziemy predestynować, okaże się odpalenie pilota. Laptopa ewentualnie. Pogrążenie się. Dobicie. Utożsamienie z resztą narodu.

W matczynej blogosferze wyłaniają się dwa zasadnicze nurty – nie mam na chleb, rzeczywistość wdeptuje mnie w zaśmierdziałą wykładzinę, bachor ryczy, a mąż już nawet nie ryczy, wie, że nic tu po nim, albo – patrzcie jak pięknie jest! Oprócz tego wyłania się dość silna kategoria blogów lajfstalowych, wykraczających poza uroki lub wątpliwe uroki macierzyństwa, gdzie szczerość i zaczepność nadają konturów, na nich nie sposób się nudzić, choć często można się nie zgodzić.

Wiele blogerek parentingowych dochodzi do ściany, za którą czai się tylko rezygnacja. Jeśli jesteś narcyzem, który za pośrednictwem lajków, zaspokaja nieutuloną potrzebę podziwu, matką frustratką, która musi gdzieś wyładować parę, prowadzenie bloga to najprostsza droga ku spełnieniu, bo przecież klawiatura i wi fi zawsze są pod ręką.

Spełnieni i dowartościowani ludzie nie muszą szukać ulgi, ani atencji w wirtualnych profilach, lajkach i hejtach, głaskaniu i linczowaniu. Oni nic nie muszą. Dojrzałość emocjonalna, zaspokojenie potrzeb, często staje się sygnałem, że matczyna blogosfera to zwykła strata czasu. Prosperita, jaką przeżywa teraz branża blogujących rodziców, jest żywym dowodem na to, że nie radzimy sobie w życiu.

Nudę, samotność, niespełnienie, opcjonalnie desperację, można zamienić na klikanie, scrollowanie, szukanie memów, zaangażowanie w coś. Nie trzeba mieć środków, urody, inteligencji, wystarczy chęć. W Sieci można natknąć się zarówno na wpisy godne papieru i grubych tysięcy na koncie, które niczym spam trafiają na darmowe platformy blogowe, ale też nudziarstwo niegodne publikacji.

O co w tym wszystkim chodzi? Chcemy się odciąć, klapka laptopa wprowadza nas do alternatywnej rzeczywistości, w której podobne nam – mamy, wiodą o wiele cięższy żywot, ale przede wszystkim można popaść w niebyt. Udawać, że się nie widzi – bajzlu na podłodze, szarości za niedomytą szybą, nie czuje kolejnego stolca i nie słyszy jęków, roszczeń, kłótni. Eldorado, bezpieczne miejsce, w których można przeżyć prawdziwe emocje – pokłócić się, zbesztać kogoś, dowartościować, podszyć pod niunię z bosko wyprofilowanym brzuchem i starannym make-upem. Fenomem macierzyństwa w blogosferze rzadko przekłada się na wymierne korzyści, a jednak motywacja nie słabnie.

Tworzymy fantomowe źródła zaspokajania potrzeb, które szybko okazują się ułudą, bo przecież kontakt przez komunikator nie sprawia, że czujemy się mniej samotne, wręcz przeciwnie. Fatalistyczne wizje na cudzych blogach, anonimowy hejt, niczego nie leczą, przynoszą krótkotrwałą ulgę, cudzym kosztem.

Wszystko, co pozytywne, jest nudne, uznawane za sztuczne, napompowane lub po prostu krótkotrwałe. Bo ileż można tęczą rzygać? I kto to przeczyta, skoro mamy narodową tendencję do samopogrążania?

Niedoskonała Mama

Comments

comments