Ada i Przemek nie wpisują się w żaden szablon współczesnego modelu życia. Nie gonią za karierą, nie prześcigają się w nowoczesnych sprzętach elektronicznych z rówieśnikami. Wyjątek pod tym względem stanowi cyfrowa lustrzanka, jeden z elementów składowych realizacji ich życiowej pasji – podróżowania. Po maturze wyjechali do Edynburga zarabiać i studiować. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczyli na realizację marzeń, których nie odkładają na potem. Tegorocznej Wigilii nie spędzają przy śledziku i kolędach, ale w odległej Afryce…

Dlaczego zdecydowaliście się na wyjazd z Polski?

Głównie z powodu studiów i poszukiwania lepszych perspektyw. Od zawsze interesowała nas turystyka, a w okresie, kiedy zdawaliśmy egzaminy na studia, bardzo mało uczelni proponowało ten kierunek. Wyższa edukacja w Szkocji jest finansowana przez państwo dla obywateli Unii Europejskiej. Kolejnym powodem była chęć opanowania języka angielskiego w stopniu zaawansowanym, bo to otwierało nowe, życiowe horyzonty.

Kiedy zrodził się pomysł o podróżowaniu?

O podróżowaniu oboje marzyliśmy od dziecka. Gdy mieszkaliśmy w Polsce, o wycieczkach poza Europę mogliśmy tylko pomarzyć lub odbyć ją palcem po mapie. Po przeprowadzce do Edynburga, mimo że studiowaliśmy i pracowaliśmy jednocześnie, udało się nam uzbierać kwotę na realizację marzeń.

Na liście zwiedzonych przez Was zagranicznych miejsc nie figurują pięciogwiazdkowe hotele, przez świat poruszacie się Vanem, który jest jednocześnie Waszym domem. Skąd ten pomysł i czy długa była droga do jego realizacji?

Oboje uważamy, że podróżowanie samochodem daje więcej możliwości i niezależności. Dzięki temu można odkryć nowe, nieturystyczne miejsca, poznać fantastycznych i szczerze przyjaznych ludzi oraz lepiej doświadczyć miejsca, w których się jest. Większość przewodników opisuje wizyty w masajowych wioskach jako coś bardzo komercyjnego. Ponoć turyści narzekają, że ludzie z tego plemiona są niesympatyczni i że cala ta atrakcja jest nic niewarta. My mieliśmy zupełnie inne odczucia, ale nie należeliśmy do zorganizowanej grupy jako dwójka ludzi, szukających bezpiecznego miejsca do przenocowania w swoim samochodzie.

Zaczęło się ściemniać, a w pobliżu nie było odpowiedniego terenu do tak zwanego „bush camping-u”. Zobaczyliśmy kilka glinianych domków w oddali i zdecydowaliśmy się zboczyć z głównej drogi oraz zapytać szefa wioski o możliwość noclegu. Wioska była zamieszkiwana przez Masajów, którzy okazali się niezwykle pomocni i przyjacielscy. Zaparkowaliśmy między ich domkami, które były otoczone ostrokołem. Masajowie oprowadzili nas po swojej wiosce, zaprosili do środka zdradzili tajniki kuchni oraz z dumą pokazali zwierzęta hodowlane. Następnego dnia zapytaliśmy, czy możemy porobić trochę zdjęć – wszyscy byli bardzo ciekawi, co taka maszyna, jak aparat fotograficzny robi i gdy tylko zobaczyli że na wyświetlaczu pojawiają się ich domy i zwierzęta, sami chętnie zaczęli pozować.

Zanim wyruszyliśmy na wyprawę do Afryki Vanem pomiędzy 2009, a 2010 rokiem, pokonaliśmy ponad 14 tysięcy kilometrów, jadąc z Edynburga do Dakhli (Zachodnia Sahara) samochodem typu kombi. Niestety w tym czasie nie mogliśmy pozwolić sobie na dłuższe wakacje, niż miesiąc, bo praca i uczelnia czekały na nasz powrót. Po tamtej wyprawie postanowiliśmy, że wrócimy do Afryki na dłużej i innym samochodem. Na tą podróż oszczędzaliśmy mniej więcej 3 lata. Ponad rok temu kupiliśmy Vana, który w środku był pusty.  Przemek razem z kolegą budowali i montowali wszystko od podstaw, tak żeby samochód nie tylko był naszym środkiem transportu, ale również domem. Kupienie i przygotowania Vana wyniosło nas 5 tysięcy złotych.

Które miejsca wywarły na Was największe wrażenie?

W Europie najciekawszym dla nas krajem jest Grecja, a w szczególności największa wyspa – Kreta. Nieważne ile razy się tam jest, to miejsce jest po prostu niesamowite i zawsze o nim myślimy pozytywnie. Jeśli chodzi o Azję, ogromne wrażenie wywarła na mnie południowa część Laosu wraz z wyspa Don Det, na której zjedliśmy jeden z najlepszych obiadów w życiu, w niesamowitym otoczeniu- na rzece Mekong, podczas magicznego zachodu słońca. W Afryce najbardziej zaskakującym krajem okazała się Etiopia- chyba jedyny kraj, który nie zna amerykańskiego dolara.

Natomiast Syria to kraj, który totalnie nas zadziwił – oczywiście pozytywnie. Przejazd samochodem przez to państwo, w czasie zamieszek podniósł nam ciśnienie. Sami do tej pory się nie możemy uwierzyć, że się zdecydowaliśmy – dwa tygodnie po tym, jak już przejechaliśmy Syrię, Polska Ambasada W Damaszku została ewakuowana.

Z ciekawostek: Syria jest jednym z krajów, gdzie diesel jest tańszy od wody, podczas gdy ceny za paliwo w Turcji są jednymi z najwyższych na świecie. Także, bardzo sprytnie nie tankowaliśmy ani litra w pobliżu granicy, po stronie tureckiej. Niestety podczas naszej drogi 90% stacji benzynowych była opuszczona, a pozostałe 10% były oblegane kolejkami ciężarówek o długości 10 kilometrów. Do przejechania zostało 500 kilometrów kraju, gdzie sytuacja nie jest zbytnio ciekawa, mając prawie pusty bak i zero nadziei na diesla.

Okazało się, że na obleganych przez ciężarówki stacjach diesla też nie było, ale wszyscy kierowcy ustawiali się tam z nadzieją, że może niedługo będzie dostawa. Gdy powiedzieliśmy, że nie jesteśmy żadnymi reporterami i usiłujemy przedostać się do Afryki oraz że Syria to nasza jedyna droga na ten kontynent, kierowcy syryjskich ciężarówek zlitowali się nad nami i mimo, że ich baki niemalże świeciły pustkami, podzielili się z nami resztkami diesla. Na dodatek właściciel stacji benzynowej, gdy zobaczył, że jesteśmy zestresowani i zmęczeni, podarował nam dwie puszki zimnej coca-coli. Aż trudno nam było uwierzyć, z jakim szacunkiem i bezinteresownością zostaliśmy potraktowani przez Syryjczyków.

Rozmawiała: Marta Szyszko

Koniec części pierwszej, chcecie współuczestniczyć w podróżach Ady i Przemka? Zajrzyjcie na: http://www.facebook.com/pages/Routes-of-the-World/355942294473521?ref=ts&fref=ts

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments