niedoskonała mama

niedoskonała mama

+13.02podziwiam_widoki_sierpień_2012
wywiady

UWAGA! Zła matka!

Po urodzeniu dziecka, kiedy minął pierwszy rok niepewności, nowości i euforii oraz depresji poporodowej, która dość mocno mnie dotknęła – po tym, w sumie dobrym okresie, kiedy żyłam „tu i teraz” i byłam przekonana, że absolutne poświęcenie się dla dziecka i etatowa mama 24h/dobę w domu, to jest właśnie dla nas wszystkich najlepsze rozwiązanie – zaczęłam się dziko miotać, szukać i sprawdzać się od nowa na rynku pracy. Wtedy czułam się już „złą matką”, czyli matką, która myśli też o sobie, o własnym rozwoju.

Po raz pierwszy wróciłam na rynek pracy z przytupem i to w całkiem „nowe buty”, jednak zbyt wcześnie i błędem był powrót od razu na pełen etat do pracy. Kończyłam edytorstwo na Uniwersytecie Warszawskim, potem pracowałam dość blisko swojego wyuczonego zawodu – w wydawnictwach, co prawda, jako handlowiec, no ale tak jakoś się składało. I po urodzeniu Synka szukałam zawodowej odmiany, czegoś całkiem nowego.

Pracy szukałam około dwóch miesięcy i znalazłam ją dość szybko, w takiej firmie, która wydawała się na tamten moment spełnieniem moich marzeń. Wróciliśmy wtedy z gór, w których teraz mieszkamy, po półrocznym okresie wynajmowania domu z ogrodem. Wróciliśmy, bo wydawało nam się, że nie wykorzystaliśmy jeszcze swoich możliwości w Warszawie, że nie rozwinęliśmy tu jeszcze zawodowych skrzydeł. No i przede wszystkim wróciliśmy do babci naszego dziecka, mojej mamy, która miała zająć się Małym, kiedy ja pójdę do pracy.

Podjęłam wtedy pracę w fundacji zajmującej się niepełnosprawnymi dziećmi. Po raz kolejny chciałam zbawiać świat. Dostałam wspaniałe zadanie: miałam pisać… artykuły do prasy, na stronę internetową, wreszcie zajmowałam się redakcją i tworzeniem tekstów :). Wspaniała praca, związana z pisaniem, które jest moją drugą naturą i z pomaganiem ludziom, dobrze płatna, no po prostu cudowna.

Idylla jednak szybko się skończyła. Po raz kolejny próbowano mnie wtłoczyć w marketingowe działania, w zdobywanie funduszy, które jakoby mieliśmy wykonywać przy okazji, dodatkowo. Okazało się, że praca zamiast 8 godzin, zajmuje 10 i więcej godzin dziennie. Moja mama nie dawała sobie rady z półtorarocznym wymagającym brzdącem, a ja przez pół roku prawie nie widywałam swojego dziecka. Dodatkowo klimat w pracy okazał się mocno plotkarski, pseudokorporacyjny i pracoholiczny.

+13.02podziwiam_widoki_sierpień_2012

Kiedy ja zaczęłam stawiać granice, mieć oczekiwania niezgodne z zamysłami kierownictwa, stałam się niewygodnym pracownikiem, więc rozwiązano ze mną czasową umowę. Bardzo źle wspominam ten czas, jako naprawdę zmarnowany na gruncie rodzinnym. Przekonałam się wtedy, że nie chcę tak pracować, że nie chcę się w 150% poświęcać pracy, nawet za dobrą, powyżej średniej krajowej, pensję!

Miałam rodzinę, malutkie dziecko i chciałam godzić normalną pracę z opieką nad nim i z normalnym  życiem rodzinnym. Jednak bardzo szybko odczuliśmy brak mojej pensji i praktycznie od razu szukałam innej pracy. Znów nie wiedziałam w jakiej branży, jaka to ma być praca, zaczynałam mieć dość tej niepewności i swojego niezdecydowania. Jedyne co wiedziałam, to, że nie podejmę pracy, która odbierze mnie dziecku i rodzinie.

Chciałam normalnej pracy, w której bez kłopotu można wziąć zwolnienie, kiedy Mały jest chory, którą mogę zostawić w biurze, kiedy idę do domu. Chciałam pracy, która nie będzie mnie obciążać. Zrobione, wychodzę, jestem z synkiem i nie myślę o pracy. I przede wszystkim – nie chciałam już pracować na pełen etat. Czyli jakieś oczekiwania miałam, dosyć sprecyzowane, ale zupełnie nie wiedziałam w jakim kierunku mam pójść, jakiej pracy ja chcę.

Po doświadczeniu z fundacją absolutnie nie chciałam marketingu i handlu, tego byłam pewna. I zaczęły się schody. Podczas wielu rozmów kwalifikacyjnych w bardzo różnych firmach i branżach usłyszałam, że szukam pracy po niżej swoich kwalifikacji. Jakoś informacja, że to mój świadomy wybór związany z pragnieniem by swobodnie godzić pracę z opieką nad dzieckiem, nie mieścił się w ciasnych głowach społeczeństwa.

W między czasie mimo awersji do handlu próbowałam też swoich sił w marketingu sieciowym, w firmie Oriflame. Po raz kolejny musiałam się przekonać, że to naprawdę nie jest dla mnie. W tym jednak przypadku, miałam wizję założenia „prawie” swojej firmy i jednak dałam się porwać tej wizji. Wydawało mi się, że praktycznie bez kosztów jestem w stanie rozwinąć swoją działalność z pomocą Oriflamu.

Pomysł okazał się całkiem chybiony, ale musiało minąć dobrze ponad pół roku żebym się o tym przekonała, kiedy poświęcałam swój czas i energię tej myśli, że stworzę strukturę ludzi, która będzie na mnie zarabiać, a ja będę oczywiście ciężko pracować nad jej utrzymaniem, ale i czerpać z niej profity. Wciskanie ludziom kitu (nie w sensie jakości kosmetyków, bo te są w miarę dobre, jak na sieciowy produkt) i „łapanki” na ulicy szumnie nazywane akcjami promocyjnymi okazało się jednak nie dla mnie.

Zwyczajnie mi to nie szło i źle się z tym czułam. W tym czasie chodziłam i jeździłam na wewnętrzne szkolenia, zjazdy siatki mojej sponsorki i inne wudu-śmudu ;). Szukanie etatu, a dokładnie 3/4 etatu zeszło na dalszy plan, lecz podskórnie czułam, że z tego Oriflamu nic nie wyjdzie i od czasu do czasu wysyłałam jednak aplikację o normalną pracę, szłam na rozmowę. To trwało około roku –  czas bez pracy – a więc bardzo długo.

Nie pamiętam na ilu rozmowach kwalifikacyjnych byłam, ale chyba na kilkunastu, prócz tego mnóstwo wysłanych maili, aplikacji, telefonów. W końcu wpadłam w depresję, że siedzę w tej Warszawie, znów zaczynam mieć jej dosyć, a pracy i tak nie mogę znaleźć. Pieniędzy nie zarabiam, wiszę na mężu…

Nie był to dla nas dobry czas i znowu zaczął się negatywnie odbijać na naszym związku. Rozmowy, a właściwie mężowskie monologi: „No kiedy Ty wreszcie będziesz razem ze mną zarabiać na życie?!” były coraz częstsze i coraz bardziej mnie blokowały napawając poczuciem nieudaczności w sferze zawodowej i w sferze życiowych umiejętności zapewnienia bytu swojej rodzinie. Czułam, że do niczego się nie nadaję i frustrowałam się coraz bardziej. Błędne koło!

z_mamą_kadr

Wreszcie napisałam zrezygnowanego maila do małego, nowopowstałego wydawnictwa mamowego. Dziewczyna wydawała ciekawą literaturę dla mądrych rodziców, którzy nie wierzyli „Super Niani” i szukali alternatywnych sposobów na radzenie sobie z dziecięcym płaczem, z oczekiwaniami dziecka, które czasem trudno spełnić.

Pierwszy raz usłyszałam wtedy o „współspaniu”, o zorganizowanych kursach chustonoszenia. I… dostałam tę pracę. Okazało się, że jak to w małej firmie, jestem trochę od wszystkiego i od nielubianego już przeze mnie handlu również, no ale były też plusy. Przede wszystkim pracowałam na 3/4 etatu, co było dla mnie wtedy podstawowym kryterium wyboru. Ta praca trwała prawie rok.

Jak więc widzisz tak naprawdę moich powrotów na rynek pracy po urodzeniu dziecka było kilka. Każdy odwrót z tego rynku, wydłużał się, kończąc się depresją i narastającym wrażeniem, że NIC nie potrafię. Nie są to dobre ani zdrowe warunki do rozwoju dla dziecka, kiedy matka tak się czuje. Próbowałam nie dawać się dołom i jakoś zbierać się do kupy, ale nie było to łatwe.

Po każdym powrocie na rynek pracy i różnych przyczynach powodujących jej utratę coraz bardziej traciłam na poczuciu własnej wartości. Za każdym razem miałam wrażenie, że po raz kolejny zdobywam tę samą górę i za każdym razem jest mi coraz trudniej się na nią wspiąć. Miałam już nawet taki moment, że NIGDY WIĘCEJ ETATÓW!!! Że otworzę swoją własną działalność i będę mieć wszystkie etaty i frymuśnych szefów w szczerym poważaniu! Zwyczajnie nie miałam żadnych oszczędności na ten cel, ani sprecyzowanego pomysłu na firmę, którą naprawdę chciałabym prowadzić.

Po tym przepracowanym roku w wydawnictwie, byliśmy już praktycznie na wylocie z Warszawy. Wiedzieliśmy już, że nie chcemy tu mieszkać. Podjęliśmy decyzję o kredycie i mogłam zaczynać szukać dla nas wymarzonego miejsca do życia. Znów nie był to czas na myślenie o swojej zawodowej przyszłości ani też o swoim dalszym rozwoju. Realizowałam jednak marzenie swojego życia i to dodawało mi skrzydeł, a wszelkie inne realizacje musiały zwyczajnie zaczekać…

Tatiana Andrzejczak

Koniec części II

Comments

comments

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
sabinaNiedoskonała MamaPaulegaVega Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
PaulegaVega
Gość
PaulegaVega

Czytam to, czytam i jakbym czytała o sobie: studia zawalone, choć jeszcze jest szansa na powrót i szczęśliwy happy end, kolejna praca okazała się nie tą, chociaż długo czekałam na powrót na rynek pracy (brak kogoś do opieki nad dzieckiem), w moich myślach „własna firma” ale brak funduszy, wiszenie na mężu, małe dziecko, myślę coraz częściej o wyjeździe. Czekam na więcej. Pozdrawiam!

sabina
Gość
sabina

Ty nie jesteś zła mamą, myślę, że za dużo od siebie wymagasz. Po urodzeniu dziecka nie trzeba pracować zawodowo, wystarczy, że będziesz pracować na pełny etat jako mama i gospodyni domu. To NAPRAWDĘ wystarczy. Żyjemy w takich czasach, gdzie jesteśmy bombardowane słowami z każdej strony:kariera zawodowa””sukces zawodowy”, żyjemy w fałszywym wizerunku samych siebie i to często doprowadza Nas kobiety do depresji i poczucia bezradności. Tym bardziej że jesteśmy faszerowani kolorowymi gazetami z pięknymi, nowoczesnymi i szczupłymi kobietami które tak naprawdę często są nieszczęśliwe. Czasami potrzebujemy bardzo dużo czasu aby odnaleźć samego siebie w tym chorym świecie i w sposób szczery… Czytaj więcej »