Miły poranek: „Kochanie, zrobisz dzieciom ryż z jabłkiem?”-„ Chyba śnisz, ja nigdzie nie idę…” Ponieważ miejscowość wypoczynkowa, do której zawitaliśmy obfituje w rodziny z dziećmi mam dziś przegląd pysznych i pożywnych śniadanek. Na ogień pierwszy bardziej pracowity od męża mego (lub jak kto woli dosadniej wbity w pantofel) tatuś, startuje z jajeczniczką: „k… mać, sól się skończyła, jak my to zjemy?! Ma pani pożyczyć sól?” –„Nie bardzo, ale może poszuka pan w szafce z przyprawami” -„O, jest, dziękuję”. Logiczne, przynajmniej dla przedstawicielek płci pięknej.

Śniadanie numer dwa: jajecznica, tym razem w wykonaniu mamusi: „nie widziała Pani patelni?” -„Właśnie ktoś ją zabrał do numeru, bardzo mi przykro”- „To wezmę rondelek, jak tak można jedną, jedyną patelnię odebrać wczasowiczom?!” Mój humor coraz bardziej zbliża się do nastroju rozmówców, błagalnym wzrokiem obserwuję ryż, no gotuj się chamie, bo wampiry energetyczne atakują. Tak, tak urlop od pewnych rzeczy jest po prostu niemożliwy. Choć zawsze towarzystwo anonimowych wczasowiczów lepsze, niż wścibskich sąsiadów, którzy w czasie wolnym rozpowiadają po rodzinie, czy dziś się kłócili i o co, a stary to jej przy dzieciach w ogóle nie pomaga, a ona to mu potem wieczorem z zemsty nie daje. I ja potem muszę uprawiać small talk z „przemiłymi” sąsiadami, a już co najmniej się ukłonić, bo inaczej nie wypada. Tu nie czuję się zobligowana do niczego. Okulary muchy i się nie znamy. O anonimowy tłumie, miło jest odpocząć od znajomych mord z osiedla.

Mój ranking zdrowych i pożywnych śniadanek wygrywa mamusia, która rodzinie serwuje parówki podgrzane wrzątkiem z czajnika- czas przygotowania- pół minuty, dzieci uraczone tym wykwintnym daniem z zaciekawieniem wyciągają rączki do ryżu z jabłkami, buchającego parą i nęcącego nieznanym, jak coś, co widzą po raz pierwszy, a intuicja podpowiada im, że mogłoby smakować. Ewakuuję się z pola bitwy, nim znów mnie ktoś zaatakuje, zamykam drzwi numeru, uff.

Małż łaskawie ogarnia dzieci przy śniadaniu, a ja mogę zająć się sobą, na spokojnie, bez stresu i to kolejny moment, w którym czuję, że odpoczywam. Potem jest już tylko lepiej: plaża- dzieciakom na widok bezkresnej piaskownicy, do pełni szczęścia wystarczą łopatki i wzajemne towarzystwo. Mam wreszcie czas by zagłębić się w lekturę, cudzy punkt widzenia wydaje się dobrą alternatywą do czarnych myśli, które są nieodzownym elementem mojej codzienności, nawet w tak sprzyjających optymizmowi okolicznościach przyrody.

Aby rodzinnej tradycji stało się za dość zamawiamy po gofrze z bitą śmietaną i polewą czekoladową, uśmiech znika w momencie, gdy przemiła ekspedientka wbija zamówienie na kasę: 30 zł. Tu moja kopara opada do ziemi, przeliczam to na godziny swojej pracy i mimo, że gofrom nic nie można zarzucić, postanawiam kupować czekoladę w osiedlowym, zamiast tak szarżować. Poza tym były niewypieczone… Ponieważ nic nie zaostrza apetytu jak morski klimat, wpadamy do knajpki z niepozornym szyldem „domowe obiadki”, cóż ceny przebijają wykwintne stołeczne restauracje, co tu się dziwić, że inni wolą Tunezję, czy Egipt all inclusive. My za rok chyba też upolujemy jakieś last minute, mało kogo teraz stać na wakacje w kraju.

Wieczorem mój organizm zaczyna się domagać pisania, a zaraz skombinujemy Internet, bo ja tu na odwyk nie przyjechałam, tylko odpocząć, a do tego jest mi potrzebna wtyczka i kontakt z resztą świata, od jutra pewnie zacznę pracować. Myślę, że największą przysługę wyświadczyłby mi ktoś, pozwalając na urlop od dzieci, a przede wszystkim od siebie samej. Na ten luksus może sobie jednak pozwolić tylko moja kochana połowa, spędzając pół życia w delegacji.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments