No nie umiem, chyba… Odpoczywać zresztą też nie potrafię. Jakoś mi to nie wychodzi. Ja ciągle działam, cały czas w ruchu, a kiedy zwalniam, to jakoś nie umiem wytracić pędu. Nie wiem, może to wada genetyczna jakaś? Nie mam pojęcia.

No może czasem odpoczywam, bardzo rzadko, wtedy, kiedy naprawdę czuję, że mogę sobie odpuścić np. w wakacje. Kiedy sama sobie daję przyzwolenie na „nic nie robienie”. Wtedy rzeczywiście odpoczywam i ja, i moja głowa. Pozostały czas mam szczelnie wypełniony. Nawet jeżeli fizycznie nie jestem już w stanie „robić”, to myślę, planuję, zamierzam… Moja głowa nie przestaje działać.

Czy to męczy? Tak, bardzo. Okazuje się, że bywa też mało wydajne, bo zamiast odpocząć, zregenerować wszystkie siły, pozwolić sobie na relaks… – ja ciągle jestem w trakcie czegoś… – w trakcie myślenia, że mam zrobić, w trakcie planowania, w trakcie działania i planowania kolejnych rzeczy. Ciągle o parę kroków do przodu, w biegu, z wiatrem. I tak bez końca!

 Zresztą ten sposób funkcjonowania sprawia, że czasami mam wrażenie, że sprawy do załatwienia, rzeczy do zrobienia mnie zwyczajnie przerastają, bo to wszystko nawarstwia się w mojej głowie. Czyli fizycznie/faktycznie jest tego dużo mniej niż mi się wydaje. Tymczasem to moja głowa i ten pokręcony sposób myślenia powodują, że mam wrażenie, że zaraz eksploduję od nadmiaru spraw, a tymczasem kiedy jakoś to uciszę – ten bałagan, tę zbieraninę myśli i porozkładam/porozdzielam te nawarstwione sprawy – to jednak daje się to ogarnąć i nie jest ich wcale tak przerażająco dużo. Tak bywa bardzo często.

Zauważam ten proces, ale jakoś nie umiem go odkręcić na tyle, żeby nie zapętlać się na nowo. Generalnie, kiedy porozdzielam warstwy, porozkładam jakoś sprawy, zastanowię się co jest najważniejsze w danym momencie, nadam rzeczom właściwą hierarchię – uspokaja się, jednak później znów działam i funkcjonuję tak samo. Czyli najpierw przechodzę tę fazę nawarstwienia i paniki, że sobie nie poradzę. Czasem dołącza się zniechęcenie i wtedy jest najgorzej, bo odkładam, zwlekam w nieskończoność z zabraniem się za te puzzle… To dotyczy wszystkich spraw w życiu. Od spraw naprawdę ważnych, które urastają w takie absolutnie „nie do przebycia”, po de facto często błahe kwestie, wręcz pierdoły! Nie wiem czy przyczyna tego stanu rzeczy leży gdzieś w moim dzieciństwie, w młodości – tak się po prostu nauczyłam i teraz się to za mną wlecze jak przysłowiowy smród…? Ech! Nie wiem. Obecnie jest moda na doszukiwanie się przyczyn wszystkiego w swojej przeszłości, ale może tutaj rzeczywiście jest pies pogrzebany? Nie wiem.

Czemu ciągle mam wrażenie, że gonię?

Nie mam przecież na głowie więcej niż inni ludzie ani codziennych obowiązków, ani tym bardziej pracy zawodowej? Dopiero od niedawna znalazłam coś na stałe, czyli nie dorywczą pracę, ale pracę, którą wykonuje się codziennie: idzie się do biura na określoną godzinę, robi się określone rzeczy, no i jeszcze mam tak dobrze, że mogę sobie sama regulować godziny tej pracy. To praca tak mniej więcej na pół – w porywach – trzy czwarte etatu, więc naprawdę – to dobra praca! Jestem zadowolona i w sumie cieszę się, że moje życie się jakoś tam naprostowało, w sensie pracy od-do, systematyczności itp. Póki co nie jestem znudzona. Ta praca daje mi dość ciekawe możliwości i przestrzeń, żeby się wykazać. Nie ma idealnych prac, ani idealnych firm, ale ta – na ten moment w moim życiu – jest bardzo dobrą pracą!

Więc generalnie powinnam być zadowolona i jestem przecież. No jestem, do diabła zadowolona. Maleńki szkopuł, tak maleńki, że można by go przeoczyć i wielu pewnie przeocza, jest taki, że CHCĘ WIĘCEJ…

Notorycznie, zawsze, bez zmian! Chcę więcej;

Cóż – mam świadomość, że to elitarne podejście – CHCIEĆ WIĘCEJ. Mam tę świadomość, że wielu nie chce, lub nie odważa się chcieć! Ale ja chcę, zawsze chciałam i nie zamierzam się tej ochoty wyrzec!

Więcej czasu na także inne, poza pracowe aktywności. Chciałabym wieczorami być mniej zmęczona i żeby tak doba miała jeszcze ze cztery dodatkowe godziny. Wiedziałabym jak je wykorzystać. Odkąd zaczęłam stałą pracę, a miałam dość długą przerwę po przeprowadzce tutaj, czyli zwyczajnie wcześniej trafiały mi się dorywcze nieregularne zlecenia… Więc odkąd zaczęłam stałą pracę, to owszem obserwuję, że także czasem więcej zdążam – zdarza się, że więcej napcham w te 12-15 godzin dnia z wieczorem włącznie, ale jakże często zwyczajnie brakuje mi czasu, brakuje mi weny, o sile nie wspominając, żeby zajmować się swoją twórczością. A chciałabym! Po prostu chciałabym łączyć jakoś te aktywności. Problem w tym, że kiedy dodać do tego rodzinę i czas, który zwyczajnie musimy przeznaczyć na codzienne-przyziemne działania, to… on ma jakieś takie niezdrowe tendencje, że kurczy się zatrważająco! Jak on w ogóle śmie! Zamiast się wydłużać, rozciągać jak guma, to jego po prostu zwyczajnie ubywa…

 I wciąż mam wrażenie, że gonię… Wieczny pęd i wiatr we włosach, ech…! wieczna tęsknota…

 Szkopuł w tym, że chyba jednak to lubię… Lubię siebie taką pełną pomysłów, energii i ochoty na „nowe”. Chociaż oczywiście bywają i chwile, bywają i momenty spadku tej aktywności, zwykłego „niechcieja”, no lenia najzwyklejszego pod słońcem, który wciąż wytrwale domaga się miejsca w moim życiu.

Tatiana Andrzejczak

tatiana

https://wsercugorzlotych.wordpress.com

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments