Oczami wyobraźni widzę siebie skąpaną w słońcu, w kwiecistej sukience, otuloną przez ciepły wiatr. Tęsknię za wiosną. Czasem, gdy coś się przedłuża, przestajemy to celebrować i wybiegamy w przyszłość, która ma być obietnicą lepszego. Bardziej niż na oprószone śniegiem drzewa, czekam na budzącą się do życia przyrodę, krótki rękaw i okulary przeciwsłoneczne.

Ale czy rzeczywiście w tym idyllicznym miejscu w przyszłości będę bardziej szczęśliwa? Może zamiast wzdychać za niedoścignionym, warto wykorzystać ten czas. Nauczyć się cierpliwości. Parzyć ostatnie herbaty w trakcie ciemnego poranka i cieszyć się widokiem latarni o poranku, w których świetle migają płatki śniegu?

Łatwo wpaść w pułapkę czekania na lepszy czas. Na weekend, na wakacje, na wiosnę. Jednak, gdy ten czas nadchodzi, nie celebrujemy go, tylko ustanawiamy kolejne cele, terminy, do których można wzdychać. Przegapiamy teraźniejszość, jakby nie miała znaczenia, a przecież jest wszystkim, co mamy.

To, co jest, na ogół jawi się jako niewystarczające. Tylko patrząc wstecz, można docenić: ale byłam piękna i młoda, naiwna i pełna zapału. W dojrzałym wieku tak się robi, że jak człowiek ma rano dodatkową minutę, by dopić herbatę przed wyjściem z domu, to już jest szczęśliwy. Dalekie voyage zastępuje koc, kapcie i serial. Bo zamiast nowych wrażeń liczy się odrobina spokoju. Brak presji, że się nie zdąży. Można też odpuścić mordercze ambicje i osiąść na tym, co pieczołowicie się budowało. Na spokojnie zabrać się do pracy, bez nieprzespanych nocy i z dystansem do tego, co się wokół dzieje. Takim dystansem, który daje przyzwolenie do bycia zwyczajnym. Do tego, że czasem się nie uda, ale to nie szkodzi, bo zrobi się miejsce na coś o wiele lepszego.

DSC_0156

W pewnym wieku największym luksusem jest to, że można głupio tracić czas. Młodzieńcze pragnienie spontaniczności zastąpiła stonowana satysfakcja z wyrabiania się na zakrętach. Mam w sobie zgodę na przemijanie, bo niczego nie żałuję. Mam w sobie zgodę na brak pośpiechu, bo już nie szukam, nie odczuwam nienasyconego braku. Mam w sobie zgodę na odpuszczanie, bo już nie chcę nic na siłę udowadniać.

Może tęsknota za wiosną, jest tęsknotą za lekkością, brakiem nadmiaru: spraw na głowie, elementów odzieży, za energią, za tym, żeby widzieć to, co dobre i nie przysłaniać sobie tego kolejnymi warunkami. Czasem łatwiej doszukiwać się na siłę problemów, niż dać sobie prawo do zadowolenia. A wiosną wystarczy położyć koc na trawie, podłożyć ręce pod głowę i przymknąć oczy. Ćwierkanie ptaków zagłusza potok negatywnych myśli. Nie chodzi o to, aby szukać szczęścia, ale by nauczyć się je zauważać. Grunt to zauważać luksusy codzienności. Kawę pitą tylko w sobotę, bez pośpiechu, bo nie trzeba następnego dnia zrywać się, ani zmieścić w dobie ze wszystkimi planami i obowiązkami. Jeśli mamy nawyk ignorowania drobnych powodów do szczęścia, tego dużego też nie zaznamy, nawet w tym idyllicznym miejscu w przyszłości, bo ono nigdy nie nastanie. Zawsze będzie się oddalać, im bardziej będziemy za nim gonić. A skoro tak, to po co czekać?

DSC_0153

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments