„Seks, rosół i pieluchy” to musical dla zmęczonych rodziców, który od pierwszej sceny pozwala zmierzyć się z frustracją i rozdrażnieniem. Widzowie zajmują miejsca i słyszą czyjegoś dzieciaka, który bezczelnie hałasuje w teatrze. Pewien tata nie wytrzymuje i dosadnie wyraża swoją opinię:

-Mieliśmy tu odpocząć, czyje to dziecko?

Po chwili orientuje się, ze to po prostu początek spektaklu i mówi do partnerki:

-Ej, to chyba już performance.

„Seks, rosół i pieluchy” to sceny z życia rodzica, na tyle wstydliwe, że do tej pory myślał, że dotyczą tylko jego. Momenty, w których czuje bezsilność, w których ma dość, a jednocześnie nie zamieniłby ich na żadne inne.

To trudne emocje: samotność, wstyd, frustracja, których już nie musi tłumić, bo to wszystko nie przytrafiło się tylko jemu. Niby śmieszno, a jednak straszno. Przyszłam się pośmiać i rozerwać, a od początku na zmianę trzęsłam się ze śmiechu, a jednocześnie wydobywał się ze mnie gorzki szloch. Zużyłam sporo chusteczek, wyszłam oczyszczona i zrelaksowana. Po zmęczeniu nie było śladu.

Może to dlatego, że sceny budzą wspomnienia zepchnięte na dno, już na etapie starań o dziecko, ciąży, aż do stanu umysłu, w którym tkwią wszyscy rodzice nieprzerwanie, zapewne do momentu, aż dzieci wyprowadzą się z domu, a może jeszcze dłużej. Rodzice żyją w innej czasoprzestrzeni i na tym spektaklu czują, że wreszcie ktoś ich rozumie.

Wszystkie mroczne sekrety wychodzą na światło dzienne, bo tobie to się przecież nigdy nie przytrafiło, a jednak okazuje się, że nie tylko tobie. Ciężki kaliber emocji i radosne dźwięki. Być może innym było weselej niż mi, bo z czym innym przyszli do teatru, być może moja recenzja nie jest obiektywna ani adekwatna. Wiem jedno. To już moje drugie wyjście do Teatru Młyn i na pewno nie ostatnie, ponieważ teatr uzależnia. Bliskość z aktorami, których na co dzień widzi się na szklanym ekranie, energia, która od nich bije i którą zapewne czerpią od publiczności sprawia, że spektakl to bardzo intymne przeżycie, niczym terapia… śmiechem.

Jedno mnie martwi, że jeśli na scenie byli przyszli rodzice, mogli się trochę przerazić tym, co ich czeka, a przecież cena jaką się płaci za rodzicielstwo jest nieporównywalnie niższa, niż to, co otrzymuje się w zamian. Bo ono nie jest ani dobre, ani złe. Po prostu jest, i to całkiem podobne u każdego, choć może nam się wydaje, że jesteśmy wyjątkowi, także pod tym względem, jak dzieci dają nam w kość. Nie jesteśmy. Wszyscy przechodzimy mniej więcej przez to samo.

Plusem musicalu są równolegle warsztaty dla dzieci, dzięki którym pociechy mogą spędzić kreatywnie czas, gdy rodzice bawią się na musicalu. Moje dzieciaki były zachwycone po warsztatach, choć trudno było je wyciągnąć z domu w pochmurne, jesienne popołudnie. Ten musical odmienił dzień każdemu z nas. Już nie mogę się doczekać kolejnego spektaklu!

Jeśli wybierasz się na „Seks, rosół i pieluchy”, wyjdź z domu trochę wcześniej, bo to wspaniała okazja, by przespacerować się po Starówce, co dla dzieci jest dodatkową atrakcją.

Sprawdź repertuar na stronie Teatru Młyn.

Marta Szyszko

Konkurs

„Seks, rosół i pieluchy” możesz obejrzeć już tylko 20 i 21 października. Mam dla jednej z Was zaproszenie z osobą towarzyszącą na spektakl. Termin:  21 października o 17.00 w Teatrze Młyn.

Jak wziąć udział w konkursie? W komentarzu pod tym wpisem lub na Facebooku pod tym postem: link,

napisz, co zmieniło się w twoim życiu, odkąd zostałaś mamą.

Na odpowiedzi czekam do 3 października, wyniki ogłoszę 4 października pod tym postem. Biorąc udział w konkursie, zgadzasz się na przetwarzanie swoich danych osobowych na potrzeby konkursu.

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments