niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

Pułapka pochopności i misja nowe życie

„Nie umiem znaleźć złotego środka. Być w domu z dziećmi tyle, by czuły, że mają mamę, kiedy jej najbardziej potrzebują, a jednocześnie zająć się sobą-rozwojem zawodowym, poszukiwaniem etatu, składkami emerytalnymi. Brak odzewu na rozsyłane CV sprawia, że wyjście do ludzi, do pracy mogę włożyć między bajki, marzenia o normalnym życiu.

Bo zamykanie się w domu przez ileś lat, ciągłe zastanawianie co zrobić na obiad, śniadanie i kolację, czy najpierw nastawić pranie, a potem wyjść na spacer, czy na odwrót, spotykanie innych mam z podobnymi życiowymi priorytetami-to nie jest normalne życie. Żeby było jasne, wiem, że są kobiety, którym to wszystko do szczęścia wystarczy. Które są wielce szczęśliwe, że nie muszą chodzić do pracy, bo mężowie zarabiają, a emerytura wydaje im się abstrakcją, o której nie myślą, przynajmniej dopóki ukochany w przypływie kryzysu wieku średniego nie wymieni ich na nowszy model.

Są takie poranki, że zwyczajnie brakuje mi motywacji, by wstać z łóżka, najczęściej poprzedzone powyższym wewnętrznym monologiem. Nie zawsze jest wtedy w pobliżu lub choćby w zasięgu telefonu ktoś kto wie, że mnie w trakcie histerio-depresji należy przełożyć przez kolano, potrząsnąć, niczym sok przecierowy, postawić na półkę i sprawdzić czy działa, jak nie, czynność powtarzać do skutku. Depresjo-furia nawiedzała mnie w różnych okresach życia. Raz, gdy w połowie studiów stwierdziłam, że mam dość tych całych wykładów i wolę ustawiać towar na sklepowych półkach. „I być głupią pipą z maturą w kieszeni? Dać satysfakcję tym wszystkim, którzy ci źle życzą? Desantować w połowie? Wyłaź z wyra i na wykład!!!!” Poszłam, a potem na kolejne, obroniłam się w terminie na piątkę, a chwilowa słabość nie zaprzepaściła lat starań.

„Nie chcę tych dzieci, zabierzcie je sobie w cholerę, jadę do Warszawy i zaczynam normalne życie, znajdę pracę, a ich oddam pod skrzydła opiekunki, gdziekolwiek, ja tu dłużej nie wytrzymam!”. „Jedź, znajdź pracę, my tu wszystko ogarniemy”.

Nie ma dzieci. Nie ma w samochodzie w drodze do domu, ani w mieszkaniu, które domem się już nie okazuje. Bo mój dom został na wsi, z tupotem stóp o poranku, zwiastującym, że czas podreptać do kuchni i kucharzyć. Z toną tych samych czynności do przewalenia co dzień. Czynności, których tu w pustym, katującym ciszą mieszkaniu już nie muszę oporządzać. Nie muszę, ale chcę, chcę widzieć minkę syna, gdy mówi bum-bum i córki, gdy kłóci się, że nie założy majtek.

To nie praca jest moim must have towarem. Tylko odpoczynek: od czasu do czasu wyskoczyć na godzinkę, poczuć się swobodnie, upajać ciszą i kawą z bitą śmietaną, a potem niezwłocznie wrócić. Aż dzieci będą odchowane, aż będę marzyć o czasach, gdy mówiły bum-bum i nie chciały założyć majtek, aż z pustki i tęsknoty pójdę do takiej pracy, jaką sobie wymarzę. Aż będę z wytęsknieniem czekać na telefon i stukanie do drzwi. A jutro wracam tam, gdzie moje miejsce, mój dom. Misja zakończona.

Marta Szyszko

Comments

comments