niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

Przychodzi baba do lekarza…

Tydzień 24

Wrzesień 2010

Znów mam problemy z uszami, do tego jeszcze badania słuchu wyszły mi nie najlepiej, udaję się zatem do polecanej mi pani laryngolog, a łatwiej niż prywatnie, dostać się do niej w ramach NFZ w przychodni. Zaczynam od „mojej” przychodni, aby uzyskać skierowanie do lekarza specjalisty. Podchodzę do okienka, mówię, że chcę się zapisać do mojej internistki, żeby wziąć skierowanie, a pani mówi, że mogę się zapisać za trzy tygodnie. Wymownie kładę dłoń na wydatnym brzuchu i proszę ponownie o numerek. Zostaję poproszona o przyjście następnego dnia. Toż to ciąża jest najprawdziwszym stanem błogosławionym!

Ale, ale! Kolejnego dnia przed 9.00, melduję się w przychodni na Woli, gdzie przyjmuje pani laryngolog. Już na pierwszy rzut oka widać, że stanowi mekkę codziennych pielgrzymek wszystkich okolicznych emerytów. Nic to – niezrażona podchodzę do rejestracji i biorę kartę. Pani doktor zgadza się mnie przyjąć, ale surowym tonem uprzedza, że ma wielu pacjentów, więc będę długo czekać. Posłusznie siadam pod gabinetem i kolejne dwie godziny spędzam w świecie tak zaczarowanym, że Alicja czy Dorotka mogą się schować ze swoimi królikami i strachami na wróble.

Siedzę grzecznie, czytając książkę. Wokół mnie usadowione wygodnie starsze panie – jedne nobliwie miętoląc chusteczki, inne brzeg swoich plisowanych spódnic; mniej nobliwa reszta przygląda się wścibsko sąsiadkom, a nawet bez żenady opowiada o swoich najbardziej intymnych dolegliwościach. Słuchając (bo nie dało się ich nie słuchać), zastanawiam się jakim cudem te biedne, schorowane starsze panie dotarły do rejonowej przychodni, a potem wdrapały się na drugie piętro. Czary to zaiste, że potrafią niemal biec po schodach, a pod gabinetem ledwo powłóczą chudymi kończynkami. Pani obok mnie, jedna z tych nobliwych, uparcie patrzy na mój brzuch. Siedzę twardo, zaczytana, udając, że owego spojrzenia nie dostrzegam wcale. Kiedy otwierają się drzwi gabinetu, nieopatrznie podnoszę głowę – ten ułamek sekundy wystarczy, by moja sąsiadka wystartowała:

emerytka

– Kiedy dzidziuś się urodzi? Teraz to jest dobrze. Jak ja urodziłam synka, tzn. najpierw miałam córeńkę, ale zmarła. A jak urodziłam synka, to były lata ’50. Wtedy nie było tak wygodnie jak teraz. Nic nie było. Ubranka to mu na drutach robiłam: sweterki, rajstopki, wszystko. A na wiosnę, to po okolicznych wioskach się chodziło i zbierało po innych dzieciach. A kiedyś takie przywieźli, całe worki rzeczy z Ameryki, to dopiero były piękne ubranka. I pieluchy – ciągle trzeba było prać, nie było pampersów. I mleka nie było jak teraz, wszystko na każde karmienie trzeba było szykować. Bo ja bardzo krótko piersią karmiłam, ciężko mi było i pokarmu nie miałam, więc musiałam z butelki mleko dawać. Ciężko to było. A jak franię mąż do domu przyniósł kiedyś, to był rarytas, to życie od razu się zmieniło i się łatwe zrobiło, jak gdyby nie wiem co to za luksus był. I koszule się wtedy, te kołnierzyki krochmaliło, ależ to było roboty! Teraz to zabawki też są takie piękne, ja widzę jakie dla mojego prawnusia wnuki kupują, takie edukacyjne, kiedyś to nic nie było.

Po dwudziestu minutach, otworzyły się drzwi i pani przerwała słowotok, by zgłosić się do gabinetu. W tym samym czasie nadciągnęła niczym burza, po czym przystopowała przy nas i zaczęła kuleć kolejna staruszka, podnosząc rękę wierzchem dłoni do czoła, dysząc i pojękując:

– Teraz ja muszę wejść. Jestem na 11.00 (była 10.50). Spóźniłam się, bo zasłabłam dziś, teraz ja muszę wejść.

Ostudził ją jednak ton lekarki, która ostro stwierdziła tylko:

– A ta pani to inwalidka wojenna. Proszę czekać na swoją kolej.

Koniec przedstawienia, czekam dalej. Obok gabinet kardiologa. Lekarz młody, wygląda na sympatycznego. Wychodzi kobieta, dziękując i żegnając się. Wraca po kilku minutach, rozmawia z lekarzem, stojąc w drzwiach, więc wszystko słyszę:

– Nie ma zapisów do internisty przed moją następną wizytą u pana, więc nie mam jak zdobyć skierowania.

– A, wspaniale. Niech pani wejdzie – sam pani wypiszę do siebie skierowanie.

I jak tu nie kochać systemu, nie hołdować mu. System absuru i groteski – oglądać to raz na jakiś czas jest czystą rozkoszą, prawdziwą intelektualną ucztą. Kiedy moja wcześniejsza rozmówczyni wychodzi z gabinetu, zatrzymuje się jeszcze przy mnie, by życzyć dużo zdrowia. Już zaczynam myśleć o niej jako o sympatycznej i niegroźnej starszej pani, kiedy udziela mi kilku cennych rad – mówi, że mam rodzić naturalnie i bez znieczulania, bo inaczej… – nie kończy na szczęście i z groźbą wiszącą w powietrzu zostawia mnie w poczekalni do laryngologa. Kiedy wchodzę wreszcie do gabinetu, a lekarka zauważa moją ciążę, przeprasza szybko, że kazała mi czekać i mówi, żebym na przyszłość wchodziła bez kolejki, bo przecież nie będę tu z tymi ludźmi siedziała. Kochana, pełna zrozumienia pani doktor. A wieczorem, w aptece, jakaś pani przepuściła mnie w kolejce! Doprawdy – błogoswionam ja, która nosi to dziecię!

tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o