Wiecie jakie jest przedszkole idealne? Takie, w którym dzieci nie szukają słabego ogniwa, by móc się wyśmiewać z kapci, fryzury (u rówieśnika lub jego matki).

Takie, w którym rodzic jest partnerem, a nie czuje się jak przerażony trzylatek, od srogiego spojrzenia kadry pedagogicznej.

Takie, w którym dziecko jest chwalone i dowartościowywane na każdym kroku, a nie ganione, bo położyło łokieć na stole w trakcie posiłku.

Takie, którego cena jest adekwatna do dostępności i nie spowoduje u rodziców zjadania korzonków, by jakimś cudem dopiąć budżet.

Takie, w którym pracownicy przychodzą do pracy z uśmiechem i nie znika on bezpośrednio po zakończeniu dni adaptacyjnych lub po zamknięciu drzwi przez rodzica.

Takie, w którym nie lęgną się wirusy, co nie obciąża matki inhalatorami, glutami, termometrami i stresem, co się z tego może wykluć.

Idealne przedszkole nie istnieje, ale należy mi się i tak. Mam dość ściągania syna z meblościanki, fochów córki, niesubordynacji, traktowania matki jak mięczaka, który i tak ulegnie, wystarczy odpowiednio głośno i długo zawodzić.

A darowanemu koniowi (przedszkolu państwowemu) nie zagląda się w zęby. Gdy na pytanie: „A Ty gdzie posłałaś?”, odpowiadam – no tu, do państwowego, wywołuję spojrzenia po sobie, bo byłam jedyną szczęściarą z osiedla, pokonałam samotne matki, pracujące na etatach, jedyną przewagą było zgłoszenie nowego adresu zamieszkania, bo laski nie wiedziały, że w naszych czasach jeszcze obowiązuje rejonizacja.

Na grubsze afery, spędy rodziców, będę wysyłać faceta. Konkretny, postawny, zdecydowany, ja nie mam predyspozycji, psychicznej odporności, ani zwyczajnie ochoty.

Mama Przedszkolaka

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments