Końcówka zimy wymaga wietrzenia. Głowy, zatęchłych pomieszczeń, zakurzonych planów w kalendarzu i priorytetów. Śnieg, który drażnił w mieście, nagle znów zaczyna cieszyć. Gdy mogę zrzucić ciężkie ubrania, rozpiąć kurtkę i wypuścić włosy spod czapki, wstępuje we mnie nowe życie.

Nie czuję potrzeby, by coś przyspieszyć, czegoś uniknąć, być gdzie indziej. Jest dobrze, ale tylko przez chwilę, bo tęsknię za miastem, zawodowymi wyzwaniami i codzienną rutyną, od której dobrze się ucieka i z jeszcze większą energią do niej wraca. Zwykła codzienność – to mój dom.

Im więcej wiosen na karku, tym mniej skowronków w żołądku. Stateczność, powaga, planowanie, odpowiedzialność, nowe zmarszczki i fałdki wokół talii. Odwrotnie proporcjonalnie do dzieci, które z każdym rokiem mają coraz więcej energii i apetytu na życie. Jakby ta młodzieńcza odwaga, wesołe, spontaniczne oczy przechodziły na młodsze pokolenia. Rodzic przesuwa się na trybuny i stamtąd podziwia, dogląda, ale utrzymując coraz większy dystans, bo jest coraz mniej potrzebny. I co ma zrobić z tą całą wolnością?

Podróżować, wydawać na siebie pieniądze, odsuwać się w to miejsce przed założeniem rodziny, gdy tak dobrze się wiedziało, co zrobić z czasem, i gdy wcale nie było go za dużo. Przypomnieć sobie… siebie.

Marta Szyszko

IMGP3495

IMGP3670

IMG_20170227_142807_hdr_edit

IMGP3549IMGP3597

IMG_20170227_104202  IMGP3613IMGP3621

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments