Kwiecień 2016

Kiedy wchodzę po schodach na drugie piętro, przy każdym stopniu czuję ból w łydkach, udach, brzuchu, a nawet rękach i plecach. Chyba tylko twarz i dłonie są rozluźnione i spokojne. Reszta ciała rozedrgana. I tylko szeroki uśmiech sprawia, że przypominam sobie, iż nie jestem tu za karę.

Wyjechałam na kobiecy obóz sportowy pełna obaw. Namówiła mnie koleżanka. Bałam się wysiłku, głodu (bo karmią nas tylko trzy razy dziennie i nie ma podjadania), braku ulubionej słodkiej kawy o 9:00 i ciągłej obecności innych kobiet. Przyzwyczaiłam się do spędzania połowy dnia we własnym towarzystwie i bardzo tę moją samotnię lubię. A tu – ciągle razem, całą drużyną przemierzamy kilometry lasem, plażą, skaczemy przed lustrami na sali jak tresowane małpki. Pierwszego dnia byłam skatowana, drugiego – zmęczona, ale jakoś dziwnie uśmiechnięta. Dziś mija czwarty i mam mnóstwo energii.

Jaki to spokój być wśród innych kobiet, tak naprawdę, bez oceniania, za to ze wzajemnym zrozumieniem i wsparciem! Jak to pięknie dać odetchnąć cerze i nie zawracać sobie głowy ukrywaniem niedoskonałości. Mam pryszcza? I co z tego? Moja twarz ma nierówny koloryt? No i…? I jaką ulgę przynosi widok innych dziewczyn, które też mają worki pod oczami, albo jakąś zmarszczkę, albo cellulit. Jak cudownie po basenie rozebrać się w szatni i być w gronie kilkunastu golasów, które nie wyglądają jak modelki Victoria’s Secret. I nie chodzi o to, że dobrze zobaczyć, że ktoś ma gorsze ciało. Zniknęły kategorie dobre-lepsze-gorsze. Cudownie zobaczyć, że jesteśmy różne, inne, podobne – nasze sylwetki, piersi, pośladki, zaczerwienione od wysiłku twarze – wszystkie jesteśmy boginiami!

Mam wrażenie, że tego oglądania różnorodności nam brakuje na co dzień. Zobaczenia, że rzeczywiste kobiety nie wyglądają (a w każdym razie nie zawsze) jak te z okładek magazynów. Jesteśmy normalne, ale tę normalność zauważyć można tylko w kontekście szerszym.

Nie jestem typem sportowca, a tu właśnie odkryłam, że to prawda, co mówią – wysiłek sprawia, że nasz organizm wytwarza endorfiny. A oprócz tego uśmiechu, który nie schodzi z mojej buzi, uzyskałam coś jeszcze – ukochałam siebie. Patrzę w lustro, kiedy spocona i zarumieniona wykonuję kolejne ćwiczenia i podoba mi się dziewczyna, którą widzę. Nie dlatego, że wygląda tak bardzo fit, ale dlatego, że jest fit. Dlatego, że hormony szczęścia pozwalają mi dużo łagodniej oceniać swoją twarz czy sylwetkę. Zadbałam o siebie i czuję wdzięczność. Podobam się sobie pierwszy raz od naprawdę dawna. Czuję się kobieca, atrakcyjna.

Teraz mam już pewność, że zamiast wpatrywać się w zdjęcia super lasek, warto zwrócić wzrok na super laski obok, te prawdziwe, te pocące się z nami ramię w ramię nie tylko na siłowni, ale pchając wózek w supermarkecie, czy pilnując dziecka na placu zabaw. Dziewczyny, jakie my jesteśmy boskie w swojej normalności! A która nie jest do tego przekonana, niech na chwilę zrobi sobie wolne od rodziny i, niekoniecznie wyjedzie na tydzień, ale chociaż umówi się z koleżankami na spacer po lesie. Odrobina fizycznego wysiłku w kobiecym gronie ma właściwości uzdrawiające zarówno nasze ciało, jak i psychikę. A na własną samoocenę chyba nic nie wpływa lepiej!

Dorota Lipińska

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, felietonistka, blogerka – „Mama z innej bajki”.

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments