niedoskonała mama

niedoskonała mama

Love w sercu gór złotych
felieton

Po drugiej stronie lustra – kiedy pojawia się dziecko…Co robimy z miłości?

Czerwiec 2011

Ja na przykład przyklejam naklejki na banany. D. lubi banany „Chiquita”, a te nie zawsze są w naszej budce warzywnej, więc czasem kupuję inne i wtedy zdejmuję z nich oryginalną naklejkę i przyklejam tę z logo Chiquita. Dziś niestety nie miałam dostępu do takowej, więc tylko odkleiłam „Ole” z kiści i ułożyłam bezimienne banany w koszyczku w kuchni.

Z miłości też pogodziłam się z życiem w domu, mając za towarzyszkę małą dziewczynkę. Każdego dnia to słodkie stworzenie uczłowiecza się coraz bardziej i nabywa nowych umiejętności, które hucznie nagradzamy oklaskami i okrzykami „Brawo! Brawo!” Dziś leżałyśmy na kocu w ogrodzie i moja córka sama przekręciła się na brzuch, uniosła na ramionach i uśmiechnęła szeroko. To jedna z licznych małych nagród, stanowiących zapłatę za totalną reorganizację mojego życia.

Wciąż zdumiewa mnie, jak oczywiste dla naszego, dorosłego świata rzeczy, są dla dziecka zupełnie zachwycające. W czwartek odwiedziliśmy na wsi tatę D. Mała leżała na kocu wśród drzew i na pół dnia starczało jej to, by rozglądać się wokół i śmiać w głos. Gdzie my zgubiliśmy tę ciekawość? Gdzie nasza nieskrępowana radość, chęć poznania? Socjalizacja – takie niby mądre słowo. Trochę uspołecznienie, trochę zniewolenie. Zastanawiam się jak stworzyć mojej córce warunki, w których oduczy się bekać przy stole i puszczać bąki w towarzystwie, nauczy zasłaniać buzię, gdy ziewa i mówić „dzień dobry” sąsiadom; a jednocześnie nie zabierać jej tej dziecięcej ciekawości i – w pewnym sensie – naiwności. Czy to w ogóle możliwe?

Jako matka wciąż szukam aprobaty. Jestem na urlopie z moją mamą, córką, siostrzeńcami i A. – kobietą, którą znam od prawie dwudziestu lat, z którą kiedyś nazywałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami, potem największymi wrogami, później znów przyjaciółkami, w międzyczasie znajomymi, a teraz, po latach, zaczynamy wreszcie rozumieć, że relacji nie trzeba wiecznie określać. Jeśli znamy kogoś tak długo, przestaje mieć znaczenie nomenklatura, bo stajemy się wzajemnie stałą cząstką jakiegoś uniwersum i nawet nie nazwane, te relacje są po prostu wpisane w nasze życie.

A. ma trzyletniego synka, a zawodowo zajmuje się dziećmi – będąc razem przez kilka dni, zauważam, że zajmując się swoją córką, podświadomie szukam aprobaty A. Chcę widzieć w jej oczach, że uważa mnie za dobrą matkę i czuję się niepewnie, gdy widzę, że ona zrobiłaby coś inaczej. Zabawne – wydawało mi się, że czuję się tak pewnie w mojej roli – przecież debiutowałam już pięć miesięcy temu. Jednak grając ten spektakl, zwany macierzyństwem, nadal muszę czuć się nieco niedowartościowana, skoro wciąż oczekuję oklasków widowni.

Słuchałam wczoraj wieczorem, jak moja mama czyta książkę na dobranoc moim siostrzeńcom. Rozczulił mnie jej głos… ta intonacja – pamiętam ją z dzieciństwa, gdy opowiadała mi bajki. Ten głos jest niepowtarzalny, ona nie mówi tak na co dzień, ale te wieczorne opowieści brzmiały zawsze właśnie tak. Niezwykłe, jak pewne rzeczy zostają w nas, mieszkają gdzieś cichutko i czasem dają o sobie znać. Przez pierwsze dwa dni mama irytowała mnie – odzwyczaiłam się od obcowania z nią w takiej codzienności. Jednak teraz jestem szczęśliwa, mając ją tak blisko. Przypominam sobie, jak bardzo ją kocham, jakim jest oparciem, ile mi dała. Zawsze gdy cierpiałam, miała czas, siłę i cierpliwość, by utulić mnie, niczym małe dziecko. Do dziś, kiedy jest mi tak źle, że świat się wali, a ja chowam się przed apokalipsą w bazie z koców; gotuję sobie rosołek z kaszką manną. Wciąż smakuje jak kiedyś – jak wtedy, gdy mama gotowała mi go w czasie mojej choroby. To właśnie robiła moja mama z miłości.

 tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o