niedoskonała mama

niedoskonała mama

kiedy pojawia się dziecko
felieton

Po drugiej stronie lustra – kiedy pojawia się dziecko…

23.01.2011 r.
Poród

Oglądaliśmy wieczorem fantastyczny film, a moje skurcze stawały się naprawdę bolesne. Kiedy pojawiały się co trzy minuty, pojechaliśmy do szpitala. Na izbie przyjęć, po pierwszych oględzinach położnej, chcieli mnie odesłać do domu, bo „może i z tego poród będzie, ale to państwo przyjadą rano”.

Na szczęście badał mnie później młody lekarz, który stwierdził, że jestem po terminie i nie ma na co czekać. Podczas badania wymęczył mnie, aż odeszły wody, po czym zrobił niewinną minę i stwierdził, że „teraz już mamy powód, by panią zatrzymać”.

Rodziliśmy w sali Morelowej. Wdzięczna to nazwa, w ogóle urocze, że ktoś tak owocowo nazywa miejsce tortur. Przyznaję – poród jest cudem. I jako taki właśnie jest niepowtarzalnym przeżyciem.

Przez prawie cztery godziny chodziłam, a pewnym momencie już bardziej pełzałam, przy każdym skurczu słaniając się na nogach i nieprzytomnie powtarzając „O mój boże. Nie, nie, nie”. Przekonana, że doszłam do sławetnego siódmego centymetra (przy takim rozwarciu szyjki podobno wszystkie uważamy, że umieramy), poddałam się badaniu położnej, która stwierdziła, że mam niecałe… dwa centymetry!

Poród w ogóle nie posuwał się do przodu, moja szyjka miała podobno zbyt twarde ranty… Położna powiedziała, że czuje włosy mojej córeńki. I że na moim miejscu wzięłaby znieczulenie, bo bez tego będzie baaaaardzo ciężko. „Będzie?! Ja już umieram!” – pomyślałam. Znieczulenie zrobili mi dziesięć minut później. Po kolejnych dziesięciu zaczęło się robić naprawdę przyjemnie.

Tu pozwolę sobie na małą dygresję – nie brałam w ogóle pod uwagę możliwości wykonania znieczulenia. Wydawało mi się ono wcześniej niebezpieczne i niepotrzebne. Uważałam poród za naturalny, nawet jeśli bolesny, a zatem nie wymagający ryzykownych zabiegów, jak zastrzyk w kręgosłup. Jednak w trakcie porodu, zupełnie nie interesowało mnie ryzyko – jedyne, czego chciałam, to przestać cierpieć.

Po znieczuleniu zaczęło się robić naprawdę przyjemnie. Nie dość, że nie czułam bólu (nawet ledwie wyczuwałam kiedy nadchodzą kolejne skurcze), to jeszcze wpadłam w nastrój wręcz szampański. Kiedy przechodziłam koło lustra, śmiałam się i machałam do siebie – bawiłam się doprawdy doskonale. Co więcej, po niespełna czterech godzinach tej balangi miałam już pełne rozwarcie.

I wtedy nastąpiła zmiana personelu. Przyszła do nas położna Krystyna Komosa – ta sama, u której zgłębialiśmy wiedzę teoretyczną w ramach szkoły rodzenia! Świadomie wskazuję nazwisko – chciałabym bowiem polecić tę położną zarówno jako teoretyka, który jest w stanie fantastycznie, ciekawie, a jednocześnie rzeczowo przekazać wiedzę; lecz przede wszystkim praktyka, któremu można w pełni zaufać i zawierzyć mu swoje… hm… krocze :)

Pani Krysia rzeczowo wydawała polecenia, a każda zaproponowana przez nią pozycja, przynosiła znakomite efekty, posuwając akcję tego krwawego melodramatu naprzód. O ósmej z dumą ogłosiła, że oto weszliśmy w drugą fazę porodu i teraz będziemy przeć. Znieczulenie przestało już działać zupełnie, mogłam więc w pełni świadomie i w zgodzie z naturą, wydać na świat swoje dziecko.

Całą ciążę martwiło mnie przy tym porodzie rodzinnym, że w czasie parcia mogę zacząć się wypróżniać, a byłoby to takie krępujące… w czasie porodu marzyłam tylko o tym, żeby się wypróżnić i miałam gdzieś, że w krocze zagląda mi pani Krysia, a obok mnie jest D. Mogliby zaprosić jeszcze z tuzin studentów z akademii medycznej i też byłoby mi wszystko jedno.

Bo prawda (dla tych, co dzieci nie mają) jest prosta, ale nikt mi jej wcześniej nie objawił: rodzenie dziecka jest jak robienie kupy. Joni (wagina w nomenklaturze tantrycznej) boli dopiero później. Dzięki różnym pozycjom w czasie parcia i możliwości swobodnego poruszania się, udało się ochronić moje krocze – dwa dni później mogłam już chodzić swobodnie po schodach. Pęknięcie (lub przecięcie) krocza było moją drugą ogromną obawą. Dzięki doświadczonej położnej dyżurnej, udało się tego uniknąć.

Bardzo bawiło mnie, kiedy leżałam znieczulona, jak z innych sal dobiegały dzikie krzyki i zawodzenia. To wcale nie było śmieszne, jednak jest to sytuacja tak nowa, a my nie jesteśmy do niej w żaden sposób przygotowywani w swoim życiu, że reagowałam na cierpienie innych kobiet śmiechem właśnie (teraz już bym się nie śmiała – przysięgam!).

Kiedy jednak przyszła moja kolej, darłam się tak, że gdyby nawet zarzynano obok stado prosiąt, nikt by tego nie zauważył. Wreszcie, klęcząc i czując, że moje krocze eksplodowało, zobaczyłam między nogami małego, sinego kocurka. Przewróciłam się na plecy, a naszą córkę położono na moim brzuchu i… nic.

Nie było hormonów miłości. Nie było „ŁAŁ!”. Po prostu – leżała mi na brzuchu nasza córka. Dopiero po chwili, gdy D. obnażył tors i usiadł w fotelu, tuląc się – skóra do skóry – z tym małym stworzeniem, mój organizm zareagował. Widok D. z naszą córeńką sprawił, że miłość w moim sercu zaczęła się powoli mnożyć. Potem spędziliśmy razem jeszcze około godziny, a najszczęśliwszym momentem tego poranka był dla mnie ten, w którym przynieśli nam śniadanie :)

Potem D. pojechał z małą na oddział noworodków na badania, a ja zostałam, żeby wziąć prysznic. Zaraz potem dowiedziałam się, że nasza córka ma problemy z oddychaniem i musi zostać na patologii. Kiedy poszliśmy do niej i zobaczyłam to małe ciałko, leżące pod wielkimi lampami z rurką z tlenem w maleńkim nosku, pociąg mojej miłości zaczął się rozpędzać.

 tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o