Tydzień 28

Październik 2010

Ciężko mi wytłumaczyć, jak wyjątkowym czasem jest ten, w którym noszę w sobie swoje dziecko (i bynajmniej nie chodzi mi o deprecjonowanie tych, które jeszcze tego cudu nie doświadczyły, przekonana jestem bowiem, że i dla matek nadal proces ten pozostaje piękną, acz niezgłębioną tajemnicą). Wracając do tego czasu – czuję się teraz o niebo lepszym, bardziej wartościowym człowiekiem.

Dzięki obecności nowego organizmu w moim własnym, poprzez samo jego istnienie, odnoszę wrażenie, jakobym dokonywała czynu co najmniej heroicznego. Finał zaś, który niebawem nastąpić ma wśród zgiełku, krzyku, bólu, łez i krwi, zabarwia moją egzystencję tak tradycyjnym, głęboko zakorzenionym w naszej kulturze, a wręcz świadomości narodowej, mesjanizmem.

Jest w tym jakaś prawda, a twierdzę tak nie ze względu na własne widzimisię, bo cholernie jest ono nieobiektywne, ale z uwagi na to, co oglądam w zwierciadłach cudzych oczu, nie tylko tych mi bliskich. To, co piękne zwykło się utożsamiać z dobrym – jesteśmy przychylniejsi ładnym ludziom, po prostu.

Podobnie działa stan błogosławiony. Odnoszę wrażenie, że inni zakładają, iż noszenie w brzuchu dziecka, samo przez się, czyni mnie człowiekiem dobrym, szlachetnym i łagodnie usposobionym.

Niczym żona alkoholika przyzwyczajam się do tego społecznego stawiania mnie na piedestale, pozwalając sobie na współuzależnienie. Bóle pleców, brzucha, spuchnięte nogi, ucisk na przeponę, zaparcia – wszystko to staje się atrybutami mego mesjanizmu – spotyka się zatem z akceptacją, zrozumieniem, ba! – ze współczuciem. Oto ja, do niedawna ot, kobieta, staję się nagle służebnicą rodziny, nosicielką wartości – i dlatego też należą mi się wszelkie względy i honory.

Co zrobię, kiedy już urodzę moją córkę? Będę musiała, w ciągu tych kilku godzin wydawania jej na świat, wyzbyć się, rozbuchanego do granic imperium Aleksandra Wielkiego, egocentryzmu.

I nagle moje bolączki staną się marudzeniem, a tusza – otyłością. Wraz z dzieckiem wydalę z organizmu swoje błogosławieństwo, sama siebie spychając ze społecznego piedestału.

Co otrzymam w zamian? Wszystko.

Podobno te pierwsze dwie godziny, kiedy matka po porodzie jest ze swoim dzieckiem, już nie skóra w skórze, ale skóra przy skórze, rodzi się między nimi wyjątkowy stan zakochania hormonalnego, coś nie do odtworzenia później.

Jeszcze nie umiem sobie tego wyobrazić, ale już sama myśl o mojej córce wtulonej we mnie, o naszej rodzinie w pierwszych wspólnych chwilach, sama obietnica tego momentu liczy się bardziej niż wszelkie społeczne piedestały czy zaszczyty. Bliskość mojej córki jest wszystkim.

P.S. Co do bliskości, zgadzam się nawet teraz, po latach, ale o tym hormonalnym haju napiszę więcej w felietonie dotyczącym porodu i czasu zaraz po. Choć z perspektywy jeszcze lepiej widzę, że wiara w ten hormonalny odlot jest potrzebna.

tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

 

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments