niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

O spełnionym marzeniu i poczuciu pustki

Uciekać przed sobą można na wiele sposobów: w pracę, jeśli nie zawodową to fizyczną, której w domu wypełnionym gwarem maluszków i ekologicznych ambicji w wychowaniu zabraknąć nie może. Z urlopu wypoczynkowego wracając równie opalonym, co spalonym wewnętrznie i psychiczne przeczołganym.

Można smutkiem uczynić swoją życiową maskę, zrzędząc od rana do nocy, będąc równie trudnym do wytrzymania dla siebie, co dla wszystkich dookoła. Można nieustannie doszukiwać się złego, wszystko, co pozytywne ucinać zarodku, dziwiąc się swemu pechowi. Poziom mojego zadowolenia z życia? Zawsze plasował się na poziomie marzeń, które może kiedyś się ziszczą, ale jeśli w Polsce to pewnie nieprędko i nie w tym życiu. Więc ulgę, uśmiech, zadowolenie odkładam na potem, na ten magiczny czas, który prawdopodobnie nigdy nie nastąpi. Zrozumiałam to mając wszystko o czym marzę u stóp i dalej czując się nieadekwatnie.

Mit I: gdybym mieszkała na wsi, miasto traktując jako relikwia po dawnym życiu, którego przyduszony, pełen stresu i pośpiechu rytm tli się gdzieś w oddali, a mnie już nie dotyczy, byłabym szczęśliwa. Mit II: gdybym miała przestrzeń niezbędną dla dzieci, ogródek z sezonowymi owocami i zagon pełen bio warzyw niczego by mi już nie brakowało. Mit III: gdybym nie musiała wdychać spalin, być podsłuchiwana i inwigilowana przez wścibskich sąsiadów, za oknem podziwiać zachody słońca, z architektoniczną precyzją wyrysowany widnokrąg, mącony jedynie sezonowo wyrywającą się do słońca kukurydzą, uśmiech nie znikałby z mej twarzy.

Hojny los dał mi niepowtarzalną okazję, by te marzenia bezzwłocznie wytestować: dzieci biegają boso po trawie, ja pochylona nad balą z tetrowymi pieluchami wieszam je w przestronnym ogrodzie, spowita śpiewem ptaków, promieniami słońca i bryzą lekkiego rześkiego powietrza. Guess what? Mój poziom zadowolenia nie pulsuje czerwoną lampką i nie osiągnie apogeum, ani dziś, ani w ciągu najbliższego miesiąca, który spędzę na wsi, w bezpiecznej odległości od znienawidzonego miasta.

Syty głodnego nie zrozumie. Tak można skwitować odwieczny konflikt osób z miast i mieszkańców jego obrzeży: bo u was to cisza, spokój, lasy, jakich my nie mamy. Tak, a u was sklepy, kina i perspektywy, o których my możemy pomarzyć. Każdy marzy o czymś, każdy odczuwa niedosyt i każdemu towarzyszy poczucie niespełnienia. I nie zmieni tego ani przeprowadzka na wieś, ani za granicę, ani do wymarzonego miasta, dopóki szczęścia nie odnajdziemy w sobie. A mężowie kobiet wiecznie nienasyconych, niezadowolonych i zrzędliwych lubią tulić się do innych, bo taka będzie dla niego słodka. No i masz babo placek, odpowiedź na pytanie dlaczego oni odchodzą. Poza tym, że chłopu trzeba nalać w dupę ukropu, a ty se krzycz, choć ci nic, jest to jedna z tych wiejskich mądrości życiowych, która zapamiętam i wezmę sobie do serca. Nie mogą jej się równać słono opłacane, małżeńskie terapie, podobnie jak miodu z mleczy, nie przebije żaden syrop na kaszel.

Poza tym powiem to ja i się nie powstydzę: miasto ma swoje zalety, jak choćby takie, że dostępu do wi- fi na długie tygodnie nie odetnie nawałnica, a zawodowe zlecenia i przeglądanie facebooka, chcąc nie chcąc, trzeba będzie zastąpić zbieraniem soczystych, dojrzałych w słońcu poziomek. Zakupy? Raz na tydzień- to cała wyprawa. Odwiedziny? Tylko w weekendy, nikt tu metrem nie podjedzie na godzinne plotki. Inne mamy? A to se zorganizuj gości, ale każdy ma tysiące planów i nie wiadomo kiedy wpadnie. Mieszkanie w stołecznym bloku, czy domek na wsi? Powiem wam za miesiąc, a póki co z uśmiechem na ustach, którego uczę się od dzieci ruszę do codziennych obowiązków, ciesząc tym, co mam i doceniając to, z czego do tej pory drwiłam. Nie oglądając się wstecz z tęsknotą, ale z nutką słodkiego niepokoju typowego dla zakochanych skwapliwie stąpając przed siebie, łakoma tego, co przyniesie jutro!

Marta Szyszko

Comments

comments