niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton Freelance

O pomyślnie zakończonym procesie rekrutacyjnym

Dzień powszedni, w dodatku poniedziałek, pogoda psia, ale moje konto będzie teraz regularnie zasilane gotówką, a więc stać mnie na poprawę humoru w postaci latte z puszystą pianką, w pobliskiej, wysublimowanej knajpce. Co prawda kelnerka się ociąga, a na jej twarzy nie rysuje się gotowość do podjęcia walki o napiwek. Żeby było jasne, przy moich zarobkach i cenach kawy na mieście i tak by grosza nie dostała, aczkolwiek mogłaby dołożyć większych starań, by uczynić mnie klientką więcej, niż na jeden raz.

Na stoliku, po dłuższym oczekiwaniu ląduje upragnione latte, w pakiecie ze skwaszoną miną kelnerki, a obok, nader rzadki w dzisiejszych czasach rekwizyt w postaci cukiernicy. Wszak to nie byle jaka restauracja… Gdy ją otwieram na dnie leży dokładnie taka ilość cukru, jaką musi zadowolić się konsument o niewygórowanych oczekiwaniach, a jak tylko łyżeczka ląduje w kawie, kelnerka z motorkiem w tyłku sprząta mi cukiernicę sprzed nosa. Polacy- zapobiegliwy naród, niejedno przeszedł i nie tak łatwo wymazać z pamięci ostatnie wydarzenia w postaci niebotycznych cen cukru…

A wracając do mojego zwycięstwa na rynku pracy: zaczęło się jak zwykle, od porannego marazmu, zniechęcenia i wpojonego poczucia niemocy. Bez większej nadziei spoglądałam na najświeższe oferty z mamopracuj.pl i nagle, niespodziewanie, olśnienie, czy to jawa jest, czy sen? „Szukamy mamy (to ja), do tworzenia tekstów blogowych (bułka z masłem) z różnych dziedzin- dom i ogród, ubranka, zabawki. Praca zdalna (bingo!)” Rzucam wszystko (ryczącego w niebo głosy młodego i kipiącą w kuchni kaszę), ryzykując uszkodzenie słuchu na równi z zaczadzeniem, z wypiekami na twarzy montuję list motywacyjny oraz załączam CV. Ale emocje! Kura domowa dostała swoją szansę i absolutnie nie może jej zmarnować!

Gdy po kilku dniach dostaję niecierpliwie wyczekaną odpowiedź, świadczącą o tym, że moje CV przebiło się spośród tysiąca innych i miało fart nie trafić po drodze do wirtualnego kosza, radości nie ma końca… Przynajmniej do momentu, w którym staje mi przed oczami wysokość wynagrodzenia. Zjedli zero na końcu, czy jak? Aby się upewnić, wysyłam maila z zapytaniem, w odpowiedzi otrzymując potwierdzenie swoich obaw: „czasy są niełatwe, kryzys, cięcia budżetowe, studenci zaniżający stawki… To co, bierze Pani, czy nie, bo kolejka chętnych dobija się ze wszech stron?” Choć czuję się jakby ktoś dał mi w mordę, warunki akceptuję, bo wszystko inne, poza wynagrodzeniem nosi miano pracy idealnej, a do tematu zawsze będzie można wrócić w trakcie.

Przez pierwszy tydzień skapują mi tematy, ochłapy, na szczęście ja nie z tych, co się łatwo zniechęcają. Może opisywanie najnowszych modeli smartfonów nie przyprawia o orgazm, ale jakby nie patrzeć mój małż karierę w banku też zaczynał od skanowania. Już nie wspomnę, że plusem podjęcia aktywności zawodowej w branży, zaowocuje doświadczeniem zawodowym w CV, które może stać się przepustką dla lepiej płatnych ofert. Atutem zaczynania pracy pod koniec miesiąca jest to, że można go sobie bez ogródek wpisać do CV, a potem odejść tuż po pierwszym i z jednego przepracowanego miesiąca, bezkarnie robią się trzy. Na szczęście drugi tydzień przynosi tematy z mojej działki i ani myślę odchodzić, a nawet zaczyna mi się tu podobać…

Marta Szyszko

Comments

comments