Niska samoocena to kula u nogi

Niska samoocena to kula u nogi

Jestem obserwatorem – z natury, z przyzwyczajenia, z nudów. Widzę ją na ścianie Facebooka, gdy ludzie zamiast wylogować się do życia i tam spędzić trochę czasu, zapewniają innych o swoim sukcesie. Zawodowym, rodzinnym, a nawet o tym, że pierogi im się skleiły jak trzeba.

Zabawne jak bardzo zmieniło się moje pojęcie sukcesu na przestrzeni tego roku, zabawne jak bardzo sama byłam zakompleksiona, jak poszukiwałam potwierdzenia, że nie jest tak źle, jak sugerują inni, że jestem kimś więcej niż tępą kurą domową bez osiągnięć. Wysoka samoocena wcale nie wyraża się w tym, że coś osiągnęłam.

Mogłam od dawna czuć się spełniona, mogłam czuć się dobrze ze sobą, nawet bez tych wszystkich fanfarów i konfetti. Wystarczyło odrzucić to, co myślą, oczekują, promują inni. Wystarczyło zaakceptować, że dla każdego ważne w życiu jest coś zupełnie innego.

A ja próbowałam przekonać innych, że moja droga jest słuszna, wartościowa, że ja sama jestem wartościowa, bo nią podążam. Dziesiątki poradników o tym jak polubić siebie, jak być szczęśliwym, przemyślenia bombardujące od rana, którymi karmiłam swoje blogi, nieustanne podnoszenie poprzeczki.

Dziś wiem, że wysoka samoocena wyraża się w tym, że potrafię odpuścić. Nie oczekiwać. Nie narzucać sobie morderczego tempa. A właściwie uczę się tego powoli. A im bardziej się tego uczę, tym dotkliwej dociera do mnie, że traciłam czas, przeglądając się w społecznym zwierciadle i szukając w nim potwierdzenia.

Sprawdziłam na własnej skórze, czy warto być bizneswoman, czy można to pogodzić z macierzyństwem. Można i warto, ale jak zawsze – są momenty trudne. Życie to nie tony uśmiechów rozdawanych na portalach społecznościowych w ramach podsumowań roku. Życie to sinusoida, a czasem jednostajna codzienność, którą nieoczekiwanie przeszywają propozycje, maile, zdarzenia.

Zaangażowałam się w życie online, ale dlaczego to zrobiłam? Być może tu i teraz niewiele miało mi do zaproponowania. Kiepskie stawki zawodowe, nudne czynności domowe i proza życia, która wywierca mi czaszkę i nie raz powoduje stan letargu. W internecie świat jest taki kolorowy, a kwoty, które można zarobić o zero większe przy stawce godzinowej niż gdziekolwiek w realu.

Być może zaangażowałam się w to, bo to nic nie kosztowało, przynajmniej na początku. Nie trzeba było przedzierać się przez śnieżne zaspy, zjawiać w określonym miejscu o określonym czasie, spędzać określonej liczby godzin na czynnościach narzuconych z góry.

Niska samoocena towarzyszyła mi przy marnych stawkach, objawiała się lękiem przed podjęciem ryzyka, postawieniem na swoim, podczas akceptowania warunków, które wytrawny copywriter uznałby za stratę czasu. I to się kończy z mijającym rokiem. Stworzyłam markę i nie wpuszczam na blog tandetnej, ogłupiającej sieczki. Być może niektóre decyzje były błędne i dziś się ich wstydzę, tak jak pewnych tekstów, ale po to właśnie są błędy, by się na nich uczyć, wyciągać wnioski i nieustannie się samodoskonalić.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments