Uwielbiam Suskinda, odkąd sięgnęłam po „Historię Pana Sommera”, okraszoną ilustracjami Sempé. Było to na długo przed ekranizacją „Pachnidła”, a wspominam o tym, ponieważ teraz książki Suskinda (nadal ledwie garstkę) można znaleźć w każdym Empiku. Kilka lat temu, kiedy znajoma opowiedziała mi o „Historii (…)”, musiałam się naszukać po antykwariatach, a wreszcie za jakąś bajońską sumę kupić na allegro ten tytuł, żeby spędzić trzy magiczne godziny w świecie Pana Sommera. Trzy godziny, bo książka ta, jak większość, przynajmniej tych wydanych u nas, jest niewielkim tomikiem, opasłym jedynie treścią, nie zaś objętością.

„Historia Pana Sommera” była zatem moim pierwszym spotkaniem z Mistrzem. To tekst wyjątkowy, wzruszający, który zmienia serce w trzepoczącego skrzydłami motyla. Pisany z perspektywy chłopca, z językiem i myślą stylizowanymi na ten dziecięcy czas, przypomniał mi jak myślałam, kiedy sama miałam lat kilka. Ten czas powrócił teraz w ciąży – dziecinnieję z dnia na dzień. Moje reakcje, rzeczy, które mnie interesują, bawią, śmieszą – naprawdę robię się coraz bardziej niepoważna. Ale i coraz uważniejsza, jak sądzę.

Moje ciało i umysł otwarte są na wszystko, co mnie otacza. Rzeczy przestały być oczywiste, gotowa jestem na ciągłe poznawanie. Nie ma we mnie krytyki odgórnej, jest za to coraz więcej ciekawości, więcej chęci poznawczej. Czuję, jakby moja perspektywa została zachwiana i nie oglądam już świata ze 167cm ponad ziemią. Mogę go teraz oglądać dowolnie – oglądać, smakować, wąchać…

Owo wąchanie właśnie było przyczynkiem dla „Pachnidła”, książki genialnej, a dzięki ekranizacji – znanej szerszej publiczności. W pewien sposób szalony czuję jakby z Grenouillem łączyła mnie jakaś słodka, olfaktoryczna tajemnica, bowiem węchem prześcigam teraz nawet swojego psa. Większą niż kiedykolwiek przyjemność sprawia mi gotowanie, bowiem odkrywam nieznany mi dotąd świat przypraw. Niegdyś używałam tych podstawowych, wiedząc której do czego dodać, ale nie do końca dlaczego.

Teraz używam moździerza, bo odkryłam, że ziarna uwalniające dopiero swój aromat, zmieniają nie do poznania smak. Nagle mogę nie próbować potraw, a i tak wiem czego im brakuje – wystarczy, że wwącham się w poszczególne torebki z przyprawami i od razu wiem, czego mi trzeba. I te smaki są naprawdę inne – pełniejsze, świeższe. Nie powiem, że to jedyna (bo na pewno jest jeszcze coś, o czym zapomniałam), ale jedna z ważniejszych rzeczy, które chciałabym, by po urodzeniu pozostały niezmienione (nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od dygresji – owa słodka, olfaktoryczna tajemnica łącząca mnie z Grenouillem nie przetrwała, mój węch wrócił do normy niedługo po porodzie).

Tak się w tym moim geniuszu powonienia rozsmakowałam podczas pisania, że nie zauważyłam nawet, iż jednego za drugim rozpakowuję z pazłotek i wkładam do buzi cukierki czekoladowe. Milch Mause to jedne z moich ulubionych słodkości, które kupuję w budce z niemieckimi słodyczami na bazarku. W puszce zostało ich tylko kilka – cóż za nieodżałowana strata :( A żałować jeszcze bardziej będę za parę godzin, kiedy D. wróci do domu i zobaczy – staram się zawsze wytłumaczyć, że to nie ja, ale mi nie wierzy i  złości się, że zamiast normalnego posiłku, objadam się słodkimi myszkami. Dlaczego? Naprawdę nie mam pojęcia…

Dorota Lipińska

 

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments