niedoskonała mama

niedoskonała mama

kura domowa
felieton

O kurze domowej, która chciała latać

Pobudka- karmienie piersią, szykowanie dzieciom zdrowych kaszek, spacer, majstrowanie przy obiedzie, w tle płacz, śmiech, „mamusiu!”. Godzina popołudniowo- wieczorna: niecierpliwe oczekiwanie na męża, by móc się choć na chwilę urwać, nie będzie miał zachwyconej miny, ale przynajmniej na godzinkę. Rozdrażnienie najtrudniej stłumić o tej porze i w sumie cokolwiek może spowodować utratę kontroli nad słowami, tudzież czynami.

Wrócił- nareszcie! Relaks, fryzjer, piwo? Ależ skąd, przecież tyle trzeba zrobić- kupić świeże owoce i warzywa na zdrowe obiadki i podwieczorki. Sklep to zawsze jakaś odmiana, jakby nie patrzeć. Zewsząd trąbią, że dzieciom potrzebna jest rutyna, ale jej?! Kobiecie w sile wieku, która mogłaby jeszcze tyle przeżyć i zobaczyć, a codziennie ogląda utytłane pieluchy- tetrowe oczywiście. Ona nie z tych, co idą na łatwiznę w jakiejkolwiek dziedzinie, więc skrobie i zapiera…

Powrót- od wejścia się zaczyna: kolacja, kąpiel i do łóżka spać. Na początku jej oczy zamykały się jeszcze przed dziecięcymi i pierwsza witała krainę Morfeusza. Ale nadszedł dzień, że dała radę, nie padła i zrozumiała, że ktoś ograbił ją z jej potrzeb, jej życia i że tak dłużej być nie może… Początki zmian nie były łatwe, na próżno szukała wsparcia w otoczeniu. Mąż wychowany w patriarchalnej rodzinie nie rozumiał- no co jej nie tak? Może sobie siedzieć w domu i chować dzieci, czego zawsze pragnęła, a teraz kiedy te marzenia się spełniły (dzięki niemu!) narzeka… Ech, takiej nigdy nie dogodzisz!

Podłamana szukała zrozumienia u kobiecej części rodziny i co usłyszała? Dzieci potrzebują matki, jej miejsce jest w domu. Żeby było śmieszniej rady padły z ust kobiet, które same zwiały przed wychowywaniem dzieci na etaty, a pociechy wspaniałomyślnie upchnęły nianiom, tudzież swoim mamom. Została sama, no może nie tak do końca, są przecież inne mamy. Od nich nasłuchała się ze nie opłaca się żadna praca, bo albo ledwo zarobi na niańkę, albo nie będzie jej w domu po 12 godzin i dzieci będzie znała ze zdjęć, a tego przecież nie chciała. Czy się poddała?

Otóż nie, upór w dawaniu swoim dzieciom wszystkiego najlepszej jakości, przejawiał się też w każdej innej dziedzinie życia. Wiedziała dwie rzeczy o sobie, jej mózg domaga się większych fajerwerków niż zupki i kupki. Będzie COŚ robić, coś co kocha, bo to macierzyństwo pozwoliło jej zrozumieć, że życie jest zbyt krótkie na wegetację. Spodziewasz się olśnienia, szczęśliwego zakończenia, że praca sama do niej przyszła, zapukała do drzwi mrucząc „bierz mnie!”? Rynek pracy okazał się kolejnym murem, w który przyłożyła głową: „możemy panią zatrudnić, ale na czarno”, „co pani sądzi o wolontariacie?”, „tak, jest etat od września”, ale ona etatu nie chciała, miała już jeden w domu. I nie mogła pozwolić, by przejął go ktoś inny, chciała robić coś, co kocha, wtedy kiedy ma wolną chwilę i sama decydować o swoim czasie.

Czy odniosła sukces? Tak- tamtego dnia, gdy zaczęła szukać czegoś i nie zadowoliła się byle czym. „Kto wie dokąd zmierza zawsze znajdzie wiatr w żagle, kto nie ma o tym pojęcia, będzie dryfował bez końca”. To zdanie usłyszała w swojej nowej pracy, początki jak po grudzie, ale teraz czuje zapach pierwszych zarobionych pieniędzy. Zarobionych między skrobaniem tetry, a gotowaniem zdrowej kaszki, wśród śmiechu i wołań mamusiu. Jak tylko je obejrzy wynajmie opiekunkę, by zabrała dzieci na spacer. A ona w tym czasie wypije herbatę dumna z tego, co dokonała i pełna wiary, że to dopiero początek.

Marta Szyszko

Comments

comments