„Projekt matka” Małgorzaty Łukowiak to rozbrajająca do łez (czasem szczęścia, czasem wzruszenia) autentyczna niepowieść o tym, że instynkt macierzyński nie zawsze zostaje wbudowany kobiecie wraz z kompletem jajników, a starania o dziecko niekoniecznie są osnute nutką romantyzmu i transcendencji, zwłaszcza jeśli owe jajniki po latach zwłoki i hormonalnej antykoncepcji okazały się… przyrdzewiałe.

Dla singli – zapowiedź tego, co może ich czekać, dla ciężarnych – ulga, że nie tylko one NIE stąpają 20 cm nad ziemią z powodu brzucha, dla mam – wspomnienie i swego rodzaju okazja do docenienia swoich, uprzykrzających życie potworków. A przede wszystkim świat, w który bezwolnie zostajemy wciągnięci, niepomni obowiązków i planów na wieczór oraz przykrych konsekwencji niewyspania.

Z ukłuciem zazdrości czytam momenty o podróżach biznesowych, bo wiem, że mi na tym etapie korporacyjny dryf już nie grozi. Autorka jedzie rano wyfiołkowana do pracy na obcasach i przygląda się pełnoetatowym mamom z wózkami, próbując odgonić myśli, ile jej umyka, kiedy wypełnia rubryki w Excelu, za firmowym biurkiem. To podobnie jak ja, wyglądając przez okno swojego pełnoetatowego macierzyństwa na tętniące w oddali życie, myśląc – ile tracę? Ile szans na finansową niezależność, ale przede wszystkim zawodową adrenalinę, właśnie mi umknęło między kolejnym przewijaniem.

Małgorzato – pełnoetatowe macierzyństwo i etat w firmie rodzą podobne frustracje – poczucie winy, że nie ma się ochoty z dzieckiem tarzać po dywanie po całym dniu z nim w domu, ani gotować trzydaniowych obiadków z surówkami dla idealnych mam. Poczucie, że mogłoby się być tu, a jest się gdzie indziej, a nie sposób być w dwóch miejscach jednocześnie.

Powieść pisana z humorem, ale wyzwalająca życiową refleksję i prowadząca do przewartościowania własnych decyzji, trafnie ujętych na pierwszych stronach książki – wybrałam tak, a nie inaczej, czy coś bym zmieniła, obrała inny kierunek? Nie, dokonałabym dokładnie tych samych wyborów, mimo że niejednokrotnie uwierają.

Pozostaje przyjąć poczucie winy i dychotomię między byciem mamą, a bizneswomen. Razem ze zmęczeniem i od niechcenia zaserwowanym obiadkiem, nie z pisemka dla idealnych mam, bo jeśli takie istnieją, to pytam – gdzie?

„Nigdy, powtarzam, nigdy nie chciałam mieć dzieci, przeciwnie – w milczący, ale bezdyskusyjny sposób zakładałam dożywotnią, programową bezdzietność. Cudza progenitura mnie nie zachwycała, ba, nie obchodziła, nie zaglądałam do dziecięcych wózków, nie kląskałam w uniesieniu na widok pulchnych dziecięcych policzków i krągłych paluszków. Nie aspirowałam ani do urlopu macierzyńskiego, pełnopłatnego oczywiście, ani do piaskownicy. (…)

W dzień roboczy, tuż po dziesiątej rano przez okno na nasze osiedle niedospanymi oczami Ludwika widać było głównie młode, atrakcyjne matki gromadnie pielgrzymujące z niepełnoletnim potomstwem w wózkach, w nosidłach i o własnych, nieletnich siłach.

Ty byś tak nie umiała – ciągnął Ludwik – jak one. Po miesiącu chodzenia po osiedlu odbiłoby ci. To pewne.(…)

W kategoriach, które mnie wtedy dotyczyły, „dokonać czegoś” w żadnym razie nie znaczyło „obarczyć się dzieckiem” albo – jeszcze lepiej (gorzej?) dziećmi. „Dokonać czegoś” oznaczało na początek i w pewnym, choć w doprawdy nieznacznym uproszczeniu, zdławić w sobie kobietę. Jeżeli czegoś DOKONYWAŁAM robiłam to w męskim świecie i wedle męskich zasad. (…)zakupy do lodówki albo pranie w pralce działy się w innym wymiarze, obsługiwanym przez matkę, żonę, dziewczynę, KOBIETĘ. Albo odpłatne punkty usługowe. (…)

Ta ciąża nie wychodziła mi podręcznikowo. Mimo zaawansowanego siedemnastego tygodnia nie odnotowałam gwałtownego napływu energii. Za to napływ niepotrzebnych refleksji okołociążowych – owszem. Z całego biznesu dziecioróbnego nadal najbardziej odpowiadała mi trzylatka. Nie odpowiadało mi czytanie wskazówek dla Przyszłych Matek Bez Mózgu. Przy kawałkach o brzuszku – maluszku wykonywałam artystyczny womit, przy „Bądź piękna w ciąży – kup ogrodniczki” nawiedzało mnie nagłe natchnienie i generowałam maksymę: bądź en vogue w ciąży, zrób lobotomię, zamiast USG. Milcząco akceptowałam fakt, że Nowy Człowiek ewoluował właśnie w małpę i pokrywał się sierścią pod moim żołądkiem. (…)

Kiedy zasypiam, usypiając Nowego Człowieka, i kiedy po godzinie się budzę, żeby usiąść przy laptopie i skończyć zlecenie, którego nie skończyłam w ciągu dnia, i kiedy stoję pod prysznicem i jest wpół do drugiej w nocy, a o trzeciej Nowy Człowiek się budzi na spóźnioną kolację, a następnie budzi się o piątej, i kiedy zamiast liczyć barany przed zaśnięciem, liczę że od ponad pół roku nie przespałam żadnej nocy w całości, a rano nie liczę baranów, tylko późno wstaję do pracy, więc karmię Nowego Człowieka w dzikim pędzie, a później ledwo zdążam na spotkanie, na którym głowa spada mi na pierś, i jeszcze cały dzień przede mną, wtedy, ech, wtedy czuję każdą komórką z osobna, a najbardziej komórkami w głowie, że nigdy, nigdy w życiu, nie byłam tak zmęczona, jak teraz. (…)

Że po urodzeniu dziecka nie jest się tą samą osobą co dawniej plus dziecko, tylko kimś diametralnie innym. O tym brak wzmianek w literaturze, ale wytrwale szukam i znajduję tu i ówdzie jakieś ścinki. Że stres z powodu wywrócenia życia na inną stronę może się utrzymać przez dwa lata po porodzie. Nie mam stresu, mam wrażenie, że znalazłam Świętego Graala i pytam, czy mi przejdzie. (Czy przeciwnie, nie przejdzie i Nowy Człowiek już zawsze będzie ważniejszy niż wszystko). Ergo: ostatnie czego potrzebuję, to refleksji, że nie tylko ja mam dziecko. I że INNE wszystko świetnie godzą. I że tylko mnie, na moje własne żądanie godzenie WSZYSTKIEGO nie wychodzi…”

Fragmenty pochodzą z książki „Projekt Matka”, autorstwa Małgorzaty Łukowiak – blogerki, która w 2009 roku wygrała plebiscyt BLOG ROKU, organizowany przez serwis Onet.pl, po siedmiu latach prowadzenia „Zimna” http://zimno.blog.pl/.

Marta Szyszko

projekt matka

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments