Jeśli mieszkasz w Polsce i nie pijesz, jesteś alienem, outsiderem, kimś komu odbiło, no bo przecież wszyscy jak jeden mąż w ten określony sposób radzą sobie z życiem, czyli wielkim problemem, od którego najłatwiej uciec. Na wakacjach obserwujesz żenujących rodziców, którzy w jednej ręce trzymają Specjała albo Żubra, a w drugiej rączkę dziecka. Wstawionemu tatusiowi błyszczą się oczy i po kilku łykach już może tańczyć z dzieckiem na plaży i śpiewać. Ty potrafisz bez złocistego płynu i też jest fajnie.

Uczestniczysz w alko świętach, podczas których istotnym pytaniem jest – czego się napijesz. Jeśli niczego, bo głowa boli cię po alkoholu, za chwilę nie śmieszą cię żarty, od których rży na trzy – cztery towarzystwo, coraz bardziej samotna, zastanawiasz się jak byś chciała naprawdę spędzić ten czas, więc następnym razem organizujesz wyjazd. Kiedy inni leczą kaca giganta i z bólem zbierają się do zderzenia z poświąteczną rzeczywistością, ty pełna nowej energii i w bardzo małym gronie, ale wypełnionym bliskimi relacjami, między którymi nie stoi butelka, wracasz do bycia inną. Trzeźwą i zaangażowaną w to, co daje ci radość, ale bez zmiany świadomości.

Czasem ktoś próbuje sprowadzić cię na „odpowiednią” drogę. Jesteś zadrą w oku, chodzącym dowodem, że jednak nie wszyscy i nie każdemu to odpowiada. Bo są inne, zdrowsze i tańsze sposoby na spędzenie czasu wolnego. Nie dochodzi się jednak do nich łykami, ale pracą nad sobą, poszukiwaniem tego, co daje nam satysfakcję i spotkaniami z ciemną stroną mocy. Bo czasem trzeba odpuścić afirmację i uśmiech rozpusty, by dokopać się do czegoś głębszego, czym nieszczególnie chcesz się pochwalić. Przyznać, że nie jest dobrze, zatrzymać się, a następnie wprowadzić plan naprawczy tam, gdzie inni sięgają po łatwo dostępne i niezawodne, autodestrukcyjne antidotum.

Nie jest łatwo być osobą niepijącą, wśród normy i stylu życia, który zakłada, że musisz na tyle je nienawidzić, by regularnie szukać sobie okazji do ucieczki. Bo jeśli wybrałaś inaczej, to będziesz się stykać z problemem alkoholowym, bardziej aprobowanym od abstynencji, tłumaczyć z tego, że serdecznie dziękujesz, bo jutro masz masę planów, a kac nie jest w nie wpisany.

Nikt tak autentycznie nie pisze o uzależnieniach, jak Małgorzata Halber, kobieta wrażliwa, z ambicjami, taka, która nie ma na czole napisane – uzależniona. Bo to przecież tak bardzo nie pasuje do prezenterki telewizyjnej, która ma świat u stóp…

Fragmenty „Najgorszego człowieka na świecie” Małgorzaty Halber:

„Sabina alkoholiczka lubiła o sobie mówić, że „piła na obcasach” i trzeba przyznać, że to określenie bardzo do niej pasowało. Picie na obcasach oznaczało brak identyfikacji z bezzębnym facetem w kaszkiecie, który poszedł na terapię zamkniętą, bo mu kazał kurator. Jeśli istnieją podgatunki alkoholików, to ja i Sabina należymy do tego samego. Wykształconych ambitnych z dużego miasta, kobiet sukcesu.

Nałóg bierze się z braku. Z tego, że jesteś pusty w środku. Pusty i zaniepokojony. Nałóg bierze się z tego, że jesteś wydrążony w środku. Że jest pusto i cicho, a ty jesteś zamknięty w swoim pokoju i za mało się starasz. (…) można się uzależnić od różnych rzeczy, jak się ma w sobie dziurę. Dziurę nudy oraz przede wszystkim niezgody na to, co w danym momencie czujesz. Moment, w którym nie możesz być tym, kim jesteś. Nie możesz być małym jeżykiem, ale chcesz natychmiast, ale to natychmiast być Sharone Stone. Nie umiesz pogodzić się z tym, jak się czujesz. Dopóki jesteś kobietą sukcesu, jest w porządku. Ale kiedy odczuwasz zazdrość, smutek, albo wstyd i bezsilność, no to już gorzej.

Nie zastanawiałam się nigdy za bardzo nad tym, co czuję, bo właściwie po co. Tam są jakieś grząskie tereny, syf, lęk przed śmiercią i samotnością, nieużytki i śmietnik. Tam jest bardzo smutno.

Terapia to ponadroczny kurs wiedzy, której nie zdobędziesz nigdzie, a która jest ci niezbędna. Wiedzy o rzeczach, o których nie miałeś pojęcia. Na przykład o tym, co czujesz. I że możesz mówić o tym, co czujesz. I że możesz o siebie zadbać, bo inaczej znowu będziesz chciał tę złotą kredkę, żeby zapomnieć, że jest nie do wytrzymania. O tym, że jeszcze bardziej niż inni powinieneś być głodny, zły, samotny, zmęczony. Bo w tych stanach najłatwiej wchodzi nawyk. W tych stanach budzi się smok. One są niebezpieczne. Musisz to wiedzieć o sobie i musisz to wiedzieć o swoim nałogu, bo tak ci będzie po prostu łatwiej.

Czy gdybyś miał guz na wątrobie, tobyś go sobie scyzorykiem sam wydłubał? A to jest guz na emocjach i rozmiarze Kanady.

Wszyscy piją – mówiłam przez zaciśnięte zęby, kiedy postanowiłam jednak przestać. Postanawiałam wielokrotnie. Dzwoniła do mnie koleżanka z pracy, też podszyta na smutno, i słyszałam, że jest po wieczornym winku. Rano widziałam na przystankach autobusowych puste butelki. Spotykałam też tych mężczyzn – karaluchy  z wózkami z ceraty, w których przewożą swoje największe skarby, zbiory szkło – aluminium, czasem w grupach. Brązowi, podziurawieni, w nieodłącznych czapkach z daszkiem. Przy swoim wysokim poziomie empatii wiedziałam, że niestety dla mnie i dla nich alkohol znaczy to samo.”

Marta Szyszko

Na podstawie:

najgorszy człowiek na świecie

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments