„Wydaje mi się, że wiele kobiet jednak czuje, że coś jest nie tak i że chciałaby coś w swoim życiu zmienić na lepsze, zacząć żyć według swoich pomysłów. Tym, co je jednak blokuje jest OGROMNY LĘK. Lęk, że nie potrafię. Lęk, że nie mam prawa. Lęk, że się pomylę, popełnię jakiś siarczysty błąd i zrobię komuś krzywdę. Lekarstwem na taki lęk jest odwaga, która oznacza robienie czegoś, pomimo lęku.” Monika Myszka – Wieczerzak.

Moniko, co może stać kobietom na drodze do wzięcia pełnej odpowiedzialności za swoje życie, szczęście, w tym wypełnianie roli mamy?

Myślę, że na początku to może być brak świadomości tego, że w ogóle mamy jakiś wybór. Zostałyśmy przyzwyczajone do tego, żeby grać role, które piszą nam inni. Myślimy błędnie, że na nic nie mamy wpływu, że scenariusz życia sam się pisze. Czasem dochodzi do tego też niestety lenistwo. No, bo w sumie tak jest z pozoru wygodniej. Można całe życie przeżyć, dopasowując się do tego, co chcą od nas inni. Trochę się przy tym frustrować, ale nie na siebie – tylko na innych. To łatwe, nie musieć się ostatecznie konfrontować z samą sobą i lękiem przed porażką.

Bo wydaje mi się, że wiele kobiet jednak czuje, że coś jest nie tak i że chciałaby coś w swoim życiu zmienić na lepsze, zacząć żyć według swoich pomysłów. Tym, co je jednak blokuje jest OGROMNY LĘK. Lęk, że nie potrafię. Lęk, że nie mam prawa. Lęk, że się pomylę, popełnię jakiś siarczysty błąd i zrobię komuś krzywdę.

Lekarstwem na taki lęk jest odwaga, która oznacza robienie czegoś, pomimo lęku. Kiedy raz, drugi, trzeci zrobi się mały kroczek i zacznie się świadomie kształtować swoją codzienność, wtedy ten lęk zaczyna maleć, pojawia się więcej energii, radości. Nabieramy poczucia mocy sprawczej. Co fascynujący proces, o ile potrafi się też zaakceptować swoje powolne tempo zmian, swoją niedoskonałość.

Ważne, żeby w tym wszystkim pozwolić sobie na popełnianie błędów. Branie odpowiedzialności za swoje życie, za rolę mamy, nie oznacza, że odtąd będziemy idealne. To niemożliwe. Możemy być tylko wystarczająco dobre. Możemy nauczyć się wyciągać wnioski z naszych potknięć i  czerpać z nich życiowe lekcje. Nasze słabości i trudne doświadczenia mogą być zaczynem mocy. Wiem, bo żyję tak od kilku lat i bardzo dobrze się z tym czuję. Odpowiedzialność pociąga i pachnie dojrzałością :).

Jak zerwać z upatrywaniem winy za frustrację i niepowodzenia w zewnętrznych okolicznościach i przejąć kontrolę nad swoim życiem?

Nie wiem, czy jesteśmy w pełni w stanie przejąć kontrolę nad swoim życie, bo ono jednak zależy od wielu czynników i nieraz nas zaskakuje, natomiast na pewno możemy przejmować coraz więcej kontroli nad sobą.

Żeby nie obwiniać innych o swoje niepowodzenia, trzeba zaakceptować w pełni siebie, także to, że popełnia się błędy. Trzeba umieć je sobie wybaczać i  nie robić z nich wielkiego dramatu. Gdy nauczymy się z łagodnością traktować siebie i swoje potknięcia, nie będziemy musiały ciągle przerzucać winy na naszych bliskich.

A co do odpowiedzialności za własne frustracje i inne emocje, cóż… Na pewno ważne jest tutaj   przyjęcie do wiadomości, że to my jesteśmy w pełni odpowiedzialni za nasze uczucia, nawet jeśli nie do końca ciągle umiemy sobie z nimi radzić.  Ja na przykład wiem już, że to nie jest tak, że ktoś denerwuje mnie. To ja się denerwuję tym, że ktoś zachowuje się w taki czy inny sposób. To uczucie pojawia się we mnie, jest sygnałem, mówiącym mi, że jakaś ważna moja potrzeba nie jest zaspokojona.  I to ode mnie zależy, co ja z tym sygnałem zrobię. Mogę go zignorować, mogę się nim przejąć i dążyć do zaspokojenia moich potrzeb.

Wiem, że zawsze to ja mam wybór, czy dam się czyimś zachowaniem wyprowadzić z równowagi, czy nie. I celowo mówię: „wiem”, bo udało i się przyjąć na razie tę prawdę rozumowo. Natomiast w sytuacjach wzburzenia ciągle jeszcze czasem działam automatycznie i potrafię wykrzyczeć (nawet dziecku niestety): „Przestań mnie denerwować!” Dopiero po paru sekundach, minutach przychodzi refleksja: „Aha! Daję się ponieść emocjom.

To przecież ja się denerwuję, a nie dziecko denerwuje mnie. Ono nie ma wpływu na to, co robię z poczutą złością. Ta złość się we mnie pojawia i ja mogę spokojnie powiedzieć, że czuję złość, a mogę udawać, że jej nie ma, zdusić ją, a potem ona sama wybuchnie w bardzo nieprzyjemny dla otoczenia sposób.

Idealnie byłoby poczuć złość, w porę ją zauważyć i powiedzieć spokojnie: „Kiedy stukasz patykiem w drzwi tak głośno, to bardzo się denerwuję, bo potrzebuję spokoju”. Czasem zdarza mi się wspiąć na takie wyżyny komunikacji i empatii, więc wiem, że to jest możliwe, że to działa i bardzo pozytywnie wpływa na relacje. Niestety ciągle nie jest to jeszcze u mnie trwała umiejętność i nawyk.

Nie wiem, Marto, czy tutaj można mówić o „zerwaniu” z niedobrym mechanizmem, tak jak to ujęłaś w swoim pytaniu. Zerwać się prawdopodobnie nie da raz na zawsze, szybko i bezboleśnie. Myślę, że to jest jednak długi proces, pełen wzlotów i upadków, ale już sama świadomość, jak jest i jak powinno być, może być dla nas i dla naszych bliskich jakimś  postępem.

dziękuję za rozmowę!

rozmawiała: Marta Szyszko

przeczytaj także pierwszą część rozmowy: http://niedoskonalamama.pl/uwazajmy-by-sluzenie-innym-nie-przyslonilo-nam-swiata/

Monika Myszka-Wieczerzak

Monika Dom Dobre Miejsce

autorka bloga www.DomDobreMiejsce.pl; wspiera mamy, które potrzebują więcej przestrzeni dla siebie; autorka wyzwania MAMO, ODKRYJ SWOJE MOCNE STRONY, do którego można jeszcze dołączyć – więcej szczegółów tutaj.

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments