niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

Motyle wędrówki i spektakularne przemiany

tydzień 17

sierpień 2010

W moim ogródku przed domem, przy metalowej budce z gazomierzem, z której odpryskuje brązowa farba, obnażając jej pomarańczową nagość, stała Afrykańska Królowa. Tak nazywana jest jedna z trzech odmian budleji, fioletowa. Nazwa to dumna i szumna, ale do serca przypadła mi zdecydowanie bardziej inna – moja roślinka nazywana bywa również krzewem motylim.

Ma pękate kwiatostany pełne drobniutkich kwiatuszków, pachnących miodem. Kupiłam ją, ponieważ, zgodnie z nazwą, motyle są wabione słodyczą jej zapachu i lgną do niej całymi stadami –  tak słyszałam.

Zanim jednak Motyla Królowa miała przyciągnąć swych adoratorów, mnie przyciągały motyle – następnego dnia wyjeżdżaliśmy z D. do Wiednia, podziwiać w Habsburskich ogrodach motylarnię. Nie mogłam się doczekać, by sprawdzić jak wibruje w uszach dźwięk trzepotu tysięcy motylich skrzydeł.

Skąd moja fascynacja motylami? Sama się nad tym czasem zastanawiam. Usiedliśmy ostatnio z D. w kuchni i rozmawialiśmy, pijąc herbatę. Nagle D. wstał i wrócił z motylem na druciku – okazało się, że był to element dekoracyjny prezentu, jaki mu kiedyś podarowałam. Kiedyś, kiedy kochałam D. szeptem, bo nie miałam prawa, by kochać głośno. Nie wiem więc kiedy zaczęła się motyla miłość, ale wiem, że trwała na pewno już przed kilku laty, kiedy inna miłość zaczynała tlić się dopiero. Czy to zauroczenie jedynie pięknem?

Chyba raczej symboliką. Takie frywolne motyle w brzuchu, których pył skrapla się na udach – czy to nie wystarczający powód uwielbienia dla tych stworzeń? Ale jest też przemiana. Można z kaczątka w łabędzia, ale bardziej efektowna jest metamorfoza z larwy w motyla. I z tych motyli frywolnych zrodziła się larwa w moim brzuchu – teraz właśnie zmienia się powoli w najpiękniejszego, najbardziej zjawiskowego motyla. I trzepoce skrzydłami, których pył łaskocze wnętrze mej macicy.

motyl

Kiedy dojechaliśmy do Wiednia, zostawiliśmy samochód gdzieś w mieście, na jakimś parkingu przy jakiejś stacji metra. To jakieś, tożsame z każdym i żadnym, przepełniło mnie strachem wielkim acz irracjonalnym do tego stopnia, że zrobiłam się złośliwa, kąśliwa i prawie nieznośna. Po chwili rozpłakałam się na środku ulicy z obezwładniającej bezsilności. Bałam się, irracjonalnie jak już wspomniałam, że zgubimy się w tym wielkim mieście, że nie trafimy do centrum, że potem nie trafimy do auta, że nie dogadamy się z ludźmi na ulicy etc. No śmieszne, przyznaję – teraz mnie to szczerze bawi.

Lecz trafiliśmy, dojechaliśmy do Hofburga – początki tego wspaniałego zespołu pałacowo-parkowego sięgają XIII w. i Rudolfa I. Ale dopiero w wieku XX, w 1901 r., w secesyjnej palmiarni powstało miejsce dla 50 gatunków motyli – główny cel naszej wakacyjnej pielgrzymki. Zapłaciliśmy 11 euro, weszliśmy przez ciężkie dwuskrzydłowe drzwi i zabrakło mi tchu – w środku było gorąco i parno. Zrobiliśmy kilka kroków pośród bujnej roślinności i zaparło mi dech po raz wtóry – motyle były wszędzie. Latały, szybowały, przysiadały na moment i długimi rurkami spijały nektar z kwiatów. A ja stałam i płakałam. Płakałam z zachwytu. Płakałam z radości. Płakałam, bo czyste łzy były szczerszym i doskonalszym sposobem wyrażenia całego wzruszenia, które gotowało się we mnie, aniżeli jakakolwiek kwiecista mowa. O tym bajecznym, cudownym miejscu marzyłam od kilku lat.

W planach mieliśmy jeszcze Schonbrunn – kolejny zespół pałacowy, tym razem XVII-wieczny niemieckiego wujka Leopolda I. We francuskich ogrodach wokół pałacu znajduje się ogrodowy labirynt. Tak bardzo chciałam wejść w jego zielone korytarze, zgubić się w nich, kluczyć po omacku, szukając wyjścia… Znalazłam największy park na mapie Wiednia i zarządziłam  pieszą wyprawę. Ledwie powłóczyłam już nogami, ale uparłam się dotrzeć na miejsce. Pałac piękny, ogród zachwycający, a ogród botaniczny, gdzie miał być labirynt, nieczynny. Poleżeliśmy więc na ławce przy placu zabaw, a kiedy zamykano, zapytałam pana gdzie ten labirynt, na co mężczyzna odrzekł Labirynth? It’s in Shonbrunn. Proste, co? Ale przyznaję – Belweder też piękny. Do Shonbrunn dotrzemy przy kolejnej wizycie w Wiedniu.

Cała nasza trasa to Warszawa-Wiedeń-Bratysława-Lubliana-Wiedeń-Warszawa. To tak z grubsza, gdyż na nić naszej trasy nanizane były prawdziwe perły. Całą drogę towarzyszyła nam Drużyna Pierścienia i ta tolkienowska opowieść, snuta z audiobooka, była prawdziwą, by tak przy precjozach pozostać, perłą w koronie tej wyprawy.

tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Sowa Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sowa
Gość
Sowa

Witam :)
Chciałam zaproponowac z tej fascynacji odsluch mojego utworu którego zapowiedz zabrzmi w uszach juz tej jesieni…:) Sówka-Motyle, taki tez bedzie nosil tytuł pozniejszej płyty, pozdrawiam, Sowa