niedoskonała mama

niedoskonała mama

praga2
podróże

Mój czeski sen – czyli koniec z lizaniem tortu przez szybę!

Trzy miesiące wytężonych myśli, ponad dwieście stron przeczytanych z przewodników, kilkadziesiąt wymienionych maili, ogromny reisefieber i kilka godzin poszukiwania wolnej przestrzeni w torbie i tak oto zaczęła się moja przygoda z Pragą – nie tą dzielnicą po drugiej stronie Wisły, ale tą prawdziwą, wyśnioną, stolicą europejską z ojczyzny krecika, knedliczków i boskiego piwa.

Zacznijmy, zatem od początku. Pierwszy raz jadę kuszetką – ‘’trochę” trzęsie, a jak leżę w przeciwnym kierunku do jazdy, to zbiera mi się na wymioty. Może jednak trzeba było nie cieszyć się tak z podróży i nie zabierać ognistej wody ze sobą? Lekką ulgę przynosi mi spanie ze słuchawkami w uszach, ale do czasu – mój telefon ląduje na podłodze, gdy nieuważnie trącam go nogą. No to zaczęły się trzy godziny nasłuchiwania odgłosów zza okna. Czy to podłączanie lokomotywy, czy nalot kosmitów? Ale uff ponad dziesięć godzin jazdy za nami i oto jesteśmy!

Sobotni poranek na Hlavni nadrazi. Sam dworzec główny to ciekawy budynek z secesyjnymi zdobieniami, jak się za chwilę okaże, bardzo licznymi w tym mieście. Pierwsze kroki kierujemy do kasy biletowej, a po drodze czytamy reklamy w nowym, jak dla mnie fascynującym języku. W kolejce oczywiście prawie sami… Polacy, a nie zabraknie ich prawie w każdym zakątku miasta. Nabywamy trzydniowy bilet (310 koron to cena około 50 złotych, więc nie najtaniej, ale wykorzystamy na maksa) z mapką miasta gratis, która okazuje się bardziej przydatna niż ta zabrana z domu, bo na odwrocie ma rozpiskę linii tramwajowych – dość rozwiniętą, jak na to całkiem niewielkie miasto. A przynajmniej mniejsze od Warszawy, o czym świadczy chociażby liczba mieszkańców, która wynosi ok. 1,2 mln ludzi.

Jako że ustaliliśmy w hotelu, że przed godziną zameldowania zostawimy nasze bagaże w przechowalni, kierujemy się do metra (bardzo fajnie, że to w tym samym miejscu, co dworzec, szkoda, że u nas tak nie pomyśleli). Tu musimy przywyknąć do tego, że ruchome schody są znacznie szybsze od warszawskich, a więc: „ Pozor wstupujecie na pochybnyje schody”!

W Pradze są trzy linie metra, między którymi bardzo łatwo się przesiada. Zobaczymy jak zrobią to nasi w Warszawie, może mogliby pojechać podpatrzeć sprawdzone rozwiązania? Ok, dotarliśmy do hotelu – całe szczęście trochę na uboczu, w bardziej cichej okolicy niż starówka. Lżejsi o kilkanaście kilogramów wyruszamy na miasto. Pierwszy zaliczony zabytek to Obecni dum – budynek ozdobiony witrażami (i nie tylko) autorstwa Alfonsa Muchy – odpowiednika polskiego Wyspiańskiego, którego wpływ na sztukę odnajdziemy w Pradze jeszcze kilkakrotnie. W tym budynku mieści się m.in. sala koncertowa im. Fryderyka Smetany.

Pokręciliśmy się trochę po placu Republiki, opstrykaliśmy okalające plac budynki, zahaczyliśmy o pobliską Billę, by sprawdzić tutejsze ceny, a potem ulicą Celetną nieśpiesznie kierujemy się w kierunku mostu Karola. Może jednak nie tak nieśpiesznie bowiem o 12:00 mamy audiencję u prezydenta! Przechodzimy pod Prochową Wieżą, która nazywa się tak, gdyż faktycznie kiedyś przechowywano tu proch. Docieramy do Rynku Staromiejskiego akurat na pokaz sławnego zegara astronomicznego na Wieży Ratuszowej. Postaci apostołów pojawiają się w okienkach przy wtórze trąbki i ku zachwytowi sporej grupki turystów, którzy zawsze o pełnej godzinie ustawiają się w kolejce, aby przyjrzeć się temu niebywałemu spektaklowi. Podobną twórcę tego zegara oślepiono, żeby nie skonstruował podobnego dzieła, lecz ten w akcie rozpaczy rzucił się miedzy tryby niszcząc swój dorobek. Przez wiele lat zegar nie działał, aż inny zegarmistrz zabrał się za naprawę i unowocześnienie tej staromiejskiej atrakcji.

           

Spędzamy chwilę na rynku – podziwiając fasady kamienic, które noszą swoje nazwy od misternych rzeźb i zdobień jak np. pod złotym karpiem czy pod białym jednorożcem. Tu znajduje się też pomnik Jana Husa (wielkiego reformatora, który przeszedł do historii, jako symbol czeskiego odrodzenia narodowego) i imponujący kościół Matki Boskiej pod Tymem, a z boku rynku kościół św. Mikołaja. Rynek podobnie jak ten warszawski jest miejscem, gdzie swojego szczęścia szukają liczni artyści: malarze, muzycy. Będąc tu kilkakrotnie mieliśmy okazję posłuchać czeskiej jazzowej kapeli, obejrzeć akrobacje z płonącymi łańcuchami i podziwiać, jak powstaje na żywo niezwykły obraz sprayem i przy użyciu takich prozaicznych rzeczy jak gazety czy jednorazowe talerzyki.

Mijamy pomnik Karola, przechodzimy pod Wieżą Mostową wprost na najsłynniejszy średniowieczny most w Europie. Wśród kilkunastu posągów świętych zdobiących most Karola udało mi się odnaleźć św. Elżbietę (mam tak na drugie, a Katarzyny niestety nie ma). Oczywiście nie omieszkaliśmy potrzeć posągu Jana Nepomucena, który według legend spełnia życzenia. Z mostu pięknie prezentuje się Praski Zamek, do którego zmierzamy, a szczególnie urokliwie będzie się prezentował po zmroku. Most Karola to jedno z najbardziej obleganych miejsc w Pradze. Trudno tu nawet znaleźć miejsce, żeby zrobić sobie zdjęcie, łatwo też wejść komuś w kadr, za co można usłyszeć kilka nieprzyjemnych słów (oczywiście od … Polaków, których wydawało mi się, że spotkaliśmy więcej niż prawdziwych Czechów).

Autorka: Kasia Kowalska

Zdjęcia: Anna Izdebska

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o