Świat zawodowy dzieli się na lepszych i gorszych, a wykonywane profesje na te warte i niewarte oklasków? Wystarczy posłuchać młodych rodziców, obejrzeć kilka familijnych filmów i reklam, by wiedzieć, że przeciętny Kowalski marzy by jego latorośl została lekarzem, prawnikiem czy psychologiem.

W sposób świadomy i nie tylko, nakierowujemy dzieci na różne zainteresowania. Kółko małego chemika, bo zwiększy prawdopodobieństwo tytułu magistra przed nazwiskiem. Balet – taniec klasyczny, bo brzmi zacnie i dworsko. Angielski, niemiecki, rosyjski i chiński, bo wykształcony i światły człowiek zna przynajmniej 3 języki obce. I można by tak wymieniać i wymieniać ilość zajęć dodatkowych i nie znaleźć (zupełnie jak tej igły w stogu siana) ani słowa o zajęciach „mały ogrodnik”, „młoda gosposia” czy „dzielny spawacz”.

Dlaczego?

Pytam z lekką dozą nieśmiałości, bo widzę już minę przeciętnego Kowalskiego – rodzica, który z lekkim niedowierzaniem patrzy na wyżej wymienioną listę zajęć. Dlaczego miałby wysyłać dziecko na zajęcia z gotowania czy naprawy samochodów, skoro życzy mu czegoś więcej i absolutnie wierzy, że jego dziecko to będzie „kimś”.

I w tym „kimś” tkwi problem. Zupełnie jakby pani sprzątaczka, producent pizzy, kucharz, ogrodnik, spawacz, mechanik samochodowy, fryzjer, piekarz, garncarz, śmieciarz, hydraulik, kura domowa, kasjerka, pracownik fast food-u, sekretarka i kierowca busa byli nikim, bo nie mają doktoratu, pięciu podyplomówek, fakultetów i nie znają trzech języków na poziomie native. Ot, tacy mało znaczący dla społeczeństwa, którzy niczego w życiu nie osiągnęli?

Kiedyś usłyszałam w jednej ze szkół gimnazjalnych, jak nauczyciel mówił o uczniu: „on to wiadomo, tylko w garach będzie mieszał”. A nawet jeśli miałby mieszać w garach, ale robić to z pasją, to ja wolę o wiele bardziej taką zupę zrobioną z czyjąś pasją i zaangażowaniem, aniżeli zupę ugotowaną przez kucharza, który spędza czas w pracy mając poczucie zmarnowanego w kuchni życia.

Jakie to cudowne i rzadkie, kiedy rodzic wspiera marzenia dziecka, zwłaszcza te niewpisujące się w kanony „bycia kimś”. Jakie to cudowne i rzadkie, gdy młody człowiek może z dumą powiedzieć: „tak, chcę być hydraulikiem i robić to dobrze”. Niby wszystkich rozczula widok 60 letniego ogrodnika, który całe swoje życie poświęcił kwiatom, ale swoim dzieciom życzymy osiągnięć i „bycia kimś”.

Rosną pokolenia osób bezrobotnych z 5 stronami CV i poczuciem „bycia kimś”, a na drugim biegunie są osoby mające poczucie klęski, bo szkoły nie skończyli i tylko siedzą w tym ciemnym magazynie ze śrubokrętem w rękach. Jeśli wykonujesz swój zawód z pasją, a wyjście do pracy traktujesz jak codzienną przyjemność, to prawdopodobnie należysz do nienarzekającej, polskiej mniejszości.

Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak wyglądało by miasto (i jak pachniałoby), gdyby nie osoby zajmujące się wywożeniem śmieci.

Żyjemy w świecie, w którym dzieci spędzają kilka godzin dziennie na zajęciach dodatkowych, a ich grafik wygląda jak grafik dwuetatowego pracownika. W pokoleniu wychowanym na podwórkowym trzepaku znalazły się osoby, które doszły w życiu do czegokolwiek. Współcześni rodzice nie mogą się temu nadziwić, więc posyłają swoje dzieci na kółka, lekcje dodatkowe i  zajęcia z tańca, chcąc zagwarantować im lepszy start i przyszłość.

Nie ma to jak patrzeć na własne dziecko, które osiągnęło w życiu dużo więcej, niż rodzic, zwłaszcza taki, który wewnętrznie ma poczucie klęski, niespełnionych marzeń, a dziecko jest tym, na które z dumą aż miło popatrzeć.

 tekst: Natalia Knap

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments