Coraz więcej słyszy się o starszych ludziach, porzuconych emocjonalnie przez swoje dzieci. Coraz częściej zadajemy sobie pytania, które jeszcze kilka dekad wstecz nie przeszłyby przez usta:

– Czy mamy obowiązek opiekować się niedołężnym ojcem alkoholikiem, który zniszczył nasze dzieciństwo, zaufanie do świata i ludzi?

– Czy mamy obowiązek starać się dla rodziców, którzy całe życie byli tak zajęci zarabianiem, że zapomnieli o bliskości, rozmowach, zaangażowaniu, a może przeciwnie – powinniśmy odwdzięczyć się tym samym – sypnąć zielonymi i zafundować pielęgniarkę?

Kto ma prawo liczyć na wdzięczność, a kto powinien się jej obawiać, bo daleko mu było do ideału?

To bardzo trudne pytanie. Generalnie ja nie uznaję czegoś takiego jak „obowiązek” opieki nad rodzicami w sensie, że musimy to robić bez względu na to, co by się nie działo. Nie, bo tak jak piszesz są rodzice, którzy średnio sprawdzili się w tej roli i nasz żal do nich jest uzasadniony. Oczywiście zawsze są dwa wyjścia: wybaczamy i ewentualnie pomagamy LUB nie wybaczamy, nie pomagamy i tu nie jest kwestia poddawania tego ocenie, bo każdy ma prawo mieć swoje żale, koniec i kropka.

Kolejny aspekt opieki np. nad rodzicami, którzy nadużywają alkoholu albo stosują przemoc i z którymi zwyczajnie rzecz biorąc trudno się rozmawia, a o opiece nad nimi już nie wspomnę. Każdy ma prawo podjąć decyzję, że nie utrzymuje kontaktu ze swoimi rodzicami czy też rodziną, a przekonania o obowiązku bycia z nimi, czy opieki czasem mogą przynieść więcej złego, niż dobrego, bo jeśli dana osoba podejmuje decyzję, że np. nie chce żyć tak, jak rodzice – alkohol, przemoc, wyzwiska – i nie ma  ochoty tak spędzać swojego czasu wolnego, ma do tego prawo, żeby się od tego odciąć i zacząć nowe życie. To bardzo trudny i wrażliwy aspekt relacji rodzice – dzieci.

Z jednej strony sporo mówi się o szacunku do rodziców, za przykazaniem – czcij ojca swego i matkę swoją, z drugiej, w tym zabieganym świecie niełatwo o opiekę nad rodzicami, jak znaleźć złoty środek?

Mam wrażenie, że w naszym kraju jest to temat trudny i drażliwy. Sprawa ta w dzisiejszych czasach komplikuje się dodatkowo, gdyż nie mieszkamy tak jak kiedyś w kilka pokoleń pod jednym dachem, co niewątpliwie zdecydowanie ułatwiało pomoc seniorom. Dziś często nasi rodzice mieszkają w innej miejscowości położonej czasem na drugim krańcu Polski. Z drugiej strony warto pamiętać, że są to nasi rodzice. Wychowywali nas, podcierali pupy, karmili i kochali na tyle, na ile potrafili i ich czas bycia seniorami, to moment, kiedy role się odwracają. Wtedy oni potrzebują często naszego wsparcia przy prostych czynnościach, które sami kiedyś wykonywali przy nas.

Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim, to samemu czuć się dobrze z podjętymi decyzjami. Jeśli dla kogoś powrót do starego modelu (mającego kilka plusów) i zamieszkanie w dwa a nawet 3 pokolenia pod jednym dachem lub w jednej okolicy jest dobrym rozwiązaniem i nie ma on poczucia, że to narusza jego granice i czuje się z tym dobrze, to absolutnie niech tak zrobi. Jeśli jednak potrzebuje swojej przestrzeni, niech stawia granice.

Coraz częściej rozpatrujemy opiekę nad rodzicami w kategoriach zysków i strat, jakie przy tym możemy ponieść – co jeśli opieka nad niedołężnymi rodzicami doprowadzi do rozluźnienia więzi z życiowym partnerem, zaniedbania obowiązków zawodowych. Czy w tej delikatnej kwestii jest miejsce na zdrowy egoizm, a może samopoświęcenie i pełne zaangażowanie, to jedyny aprobowany model?

„Poświęcenie” wiąże się z założeniem, że czyjeś dobro jest ważniejsze od naszego. Taki układ nie służy nikomu. Możemy czuć się sfrustrowani, mieć poczucie krzywdy lub w drugą stronę poczucie winy, kiedy np. nie pojedziemy w weekend do rodziców. Ciężko w takim klimacie uczuć żyć swoim życiem, budować relacje i dbać o nie. Dlatego poświęcanie się nie jest dobrym rozwiązaniem.

O wiele lepsze i zdrowsze jest zwyczajne „zaangażowanie”. Na tyle na ile mogę poświęcam czas starszym rodzicom, ALE pamiętam o tym, że również potrzebuję odpocząć, czy pójść z własnymi dziećmi do kina. Poza tym nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nauczyć własne dzieci (już te starsze), że też mogą wpaść do babci/dziadka i im w czymś pomóc. Czyli raczej angażować się, aniżeli poświęcać.

Autorka: Natalia Knap

Natalia Knap

Psycholog, trener. W pracy bliskie jej są podejścia: humanistyczne i skoncentrowane na rozwiązaniach. Zafascynowana mindfulness, pracą z ciałem i szeroko pojętym rozwojem osobistym. Na co dzień pracuje z grupami w różnym wieku (od 5 do 100 lat). Szczególnie lubi pracę z nastolatkami. Prywatnie właścicielka szczurzyc, miłośniczka górskich wędrówek i pieczenia ciast. Marzy o byciu nauczycielką jogi i właścicielką cichego ośrodka w Bieszczadach. Prowadzi bloga O rzeźbieniu głowy słów kilka

rozmawiała: Marta Szyszko

 

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments