niedoskonała mama

niedoskonała mama

IMGP3406 (2)
felieton

Martwisz się czasem, że nic już nie osiągniesz?

Wyczytałam ostatnio, że wystarczy założyć strój sportowy, by podziałał jako wyzwalacz i zmobilizował do ćwiczeń fizycznych. W moim domu takim wyzwalaczem jest mata sportowa, a strój codzienny w pełni się nadaje do wygibasów. My mistake.

Coś w tym jest, że żeby dzień był udany, trzeba zacząć od siebie. Zmobilizować siły. Pracujesz w domu? Umaluj się, ubierz w porządne ciuchy, najlepiej takie, jakich nie powstydziłabyś się w biurze i między ludźmi. Produktywność wzrośnie, potraktujesz siebie bardziej poważnie.

Wychodzisz do sklepu po sos do spaghetti? Załóż wygodne, ale kobiece botki, niech się oglądają!

My, kobiety, czujemy taką presję, by „coś” w życiu osiągnąć. Tylko nie bardzo umiemy zdefiniować ten sukces. Inni zrobią to w naszym imieniu bardzo chętnie – musisz być lekarzem, jak tata. Co to za zawód – copywriter, etat na kasie to chociaż coś konkretnego. Albo – nie wychodzisz z domu, nie jesteś między ludźmi, no to jednak nie pracujesz.

Same nie wiemy czego chcemy, za to inni tych pomysłów mają na pęczki, niestety różnią się od naszej wizji spełnienia.

Czasem ulegamy, dla świętego spokoju, bo skoro nie rozumiemy własnych oczekiwań, to chociaż ulegniemy cudzym i kogoś zadowolimy, co z tego, że nie siebie? Ciocia z dumą poklepie po plecach na imieninach, a teść nie powie, że żona jego syna zajmuje się bzdurami i powinna wziąć się do normalnej roboty.

Poczułam na barkach presję przekroczonej 30 – stki i tego, że jeśli chcę coś jeszcze osiągnąć, to zostało niewiele czasu.

Bo praca z dużymi markami, ale w domowym zaciszu nie podnosi tak prestiżu, jak manicure, agencja, młody zespół, fuckupy i deadliny.

A zaraz potem nasunęła się myśl, że praca nad projektami, pełne zaangażowanie i adrenalina sprawią, że pewnie coś osiągnę, ale kosztem czegoś ważniejszego.

Szkoda, że nikt nie daje nam medalu za to jakie jesteśmy na co dzień, że tachamy zakupy i gotujemy spagetti, za to, że wiedziemy spokojne, czasem jednostajne, ale pełne innych zalet żywoty.

Budujemy rodzinę, spędzamy czas z dziećmi, gramy z mężami w planszówki, bo starcza czasu, a to dlatego, że pracujemy elastycznie, bez całej tej otoczki sukcesu i prestiżu.

Dopóki dzieje się tak z wyboru, dopóty możemy być spokojne. O siebie i o to, że nigdy nie obwinimy bliskich za zmarnowane szanse i brak osiągnięć. Ja wiem, że jakby tfu, tfu nie rodzina, to byłyby sesje w Paryżu, Nowym Jorku i Mediolanie. Że byłyby kawusie z pianką sączone na mieście i wrzucane na Instagram.

Tylko zabrakłoby tej energii, małych rączek oplatających szyję i buziaków, gdy owijam się kołdrą z zimowym przeziębieniem.

Dlatego wystarczy mi to, co jest, z oczami i ramionami otwartymi szeroko na interesujące szanse i propozycje.

Bo ogranicza mnie tylko wyobraźnia. Mogę prowadzić rentowną firmę, nie „robiąc nic” i siedząc w domu? Strach się bać, jak znikną bariery i ograniczenia związane z obowiązkami przy małych dzieciach.

Marta Szyszko

Comments

comments