niedoskonała mama

niedoskonała mama

babe-2972219_1920
dzieci

Koszty ukryte posiadania dzieci….

Która z mam nie doświadczyła tej nieoczekiwanej nadpobudliwości, pojawiającej się około 6 miesiąca ciąży, w literaturze fachowej określanej mianem syndromu wicia gniazda? Do dziś pamiętam jak pełna niepokoju zadręczałam lekarza prowadzącego pytaniami co wolno, a co nie przystoi kobiecie w moim stanie, a on znużonym głosem odpowiadał: „Pani Marto, jeśli chce sobie Pani przestawić wazon z jednego w miejsca w drugie to ja naprawdę nie widzę przeciwwskazań”.

Postanowiłam więc nie ryzykować z przenoszeniem mebli, czy skręcaniem łóżeczka i cały nadmiar energii oraz potrzebę stworzenia ciepłego gniazda swojemu pisklęciu przeniosłam na planowanie zakupu wyprawki. W Internecie aż roiło się od zestawów dla małego księcia, słodkiej królewny, a nawet rozbrykanych trojaczków. Obok zalecanych ilości kaftaników, pajacyków i kocyków figurowały wyliczenia cenowe, które błędnie zinterpretowałam jako szacowany koszt związany z posiadaniem dziecka.

Teraz, kiedy moja córka kończy 3 latka, a syn roczek czuję się tym zestawieniem co najmniej oszukana. Zupełnie jak kuponem rabatowym o wartości 50 zł, z dopisaną druczkiem klauzulą: tylko w przypadku zakupów powyżej 300zł. Nikt bowiem wśród pieluszek, wózków i fotelików nie uwzględnił kosztów dewastacji. I nie chodzi jedynie o marchewkę na wyjściowej sukience, roztrzaskany talerz, czy zaplamione ubranko, które nowym pozostaje na ogół do pierwszego założenia (zupełnie jak obrus i dziewica- na jeden raz). Koszty ukryte, o których nikt wspomnieć nie raczył to także szlaczki na świeżo pomalowanej ścianie, okulary korekcyjne wygięte w pałąk i plamy w najróżniejszych odcieniach tęczy na wykładzinie.

Do kosza nieustannie trafiają przedmioty codziennego użytku, te dopiero kupione za ciężkie pieniądze i te mające już swoje lata. Dla dziecka to bez znaczenia, ono przecież nie różnicuje, a mamusia, czy tatuś który nagle wybucha złością jest równie niezrozumiały jak bomba z opóźnionym zapłonem. Bo, o ile ze spokojem można patrzeć na rwaną w strzępy rolkę papieru toaletowego, to już z trudem wertuje się pożyczony od koleżanki pamiątkowy album zilustrowany bazgrotami. Dla kogoś, kto nie posiada potomstwa lub nie musi z nim przebywać po kilkanaście godzin na dobę, z pewnością oburzające jest pozwalanie na niektóre rzeczy: „Dlaczego dałaś dzieciom rozsypać mąkę? Ten dywan to jakaś masakra! Czy ty widzisz co oni robią? Obchodzi cie to w ogóle?” I tak wkoło.

Odpowiedź jest prosta, choć dla tych, co spędzają z dewastatorami do kilku godzin dziennie i nie wstają do nich w nocy, niezrozumiała: ”Bo miałam 10 minut spokoju, nie jęczeli, nie pchali się na ręce, nie nudzili, mogłam w tym czasie pogapić się w monitor, napisać pól strony tekstu i panowała względna cisza.” Bilans? Nie szkoda mi, ani mąki, ani dywanu, było warto! Posprzątam później. Czyż ciekawość świata, konieczność doświadczenia sensoryczno- motorycznego i związany z tym rozwój zakończeń nerwowych nie plasują się ponad wartościami doczesnymi? Nie przywiązujmy więc za dużej wagi do przedmiotów, a te mające wartość sentymentalną wyizolujmy ze strefy dziecka.

Marta Szyszko

Comments

comments