niedoskonała mama

niedoskonała mama

pixabay.com
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Wiatr w żagle!

Wrzesień 2015

Trzy dni, siedmiometrowa żaglówka, czterech dorosłych i dwoje dzieci. Za dużo na moje nerwy! Jako dziecko, wakacje spędzałam na łódce. Mój ojciec był zapalonym żeglarzem, więc co roku, wraz ze znajomymi, pływaliśmy po Mazurach wzdłuż i wszerz. To wspaniałe wspomnienia – żagle wypełnione wiatrem i długie godziny wypełnione zabawą. Zwykle pływaliśmy w dwie łódki – na drugiej znajomi rodziców z moim przyjacielem i ich młodszym bratem, z którymi machaliśmy sobie uśmiechnięci z pokładów swoich łódek. Dni mijały na wodzie, popołudnia i wieczory na penetrowaniu lasu, zbieraniu jagód, ogniskach i wspólnych szantach przy gitarze. Bajka!

Nic więc dziwnego, że chciałam swojej córce dać zasmakować takiego życia i tych emocji. Ja jednak żegluję już teraz tylko od czasu do czasu, poprosiłam więc mojego kompana z tych dziecięcych lat (który teraz jest już całkiem poważnym mężem i ojcem), abyśmy wybrali się na rodzinny weekend. I właśnie się to spełniło. Pojechaliśmy na jego łódkę, tę samą, którą pływał z rodzicami jako dzieciak. On, jego wspaniała żona, ich urocza półroczna córeczka oraz nasza trójka.

Weekend był dziwny, pełen duchów z przeszłości. Odwiedziłam port, w którym ostatni raz byłam ze dwadzieścia lat temu, z moim ojcem. Miejsce, w którym tata pierwszy raz polecił mi okłamać mamę, „żeby się nie denerwowała”. Odwiedziłam miejsca ważne dla mnie, bo będące fundamentalne w moich wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa, kiedy jeszcze przyjeżdżaliśmy z rodzicami na wakacje przepełnione duchem radości i swobody. Dziwne to uczucie być w miejscu, które z jednej strony jest tak znajome, a z drugiej – zmieniło się przez lata, wszystko odnowione, nowe budynki, nowe porządki, nowe widoki. Nie czułam już, że to moje miejsce, ale raczej, że kiedyś już tu byłam.

Lady D. zachwycona! Pierwszego wieczora rozpoznanie terenu – dużo do rozpoznawania na łodzi nie ma, ale wszystko nowe, więc moja córka podekscytowana przygodą. Drugiego dnia od bladego świtu w kółko to samo pytanie „Kiedy wypływamy?”. Wreszcie ruszamy! Moja córka karnie wypełnia polecenia i siedzi w kapoku. Zachowuje się przyzwoicie, chociaż wprost proporcjonalnie do liczby dorosłych (a więc też do liczby potencjalnych odpowiedzi), zadaje cztery razy tyle pytań, co zwykle. Dbamy o jej bezpieczeństwo, więc właśnie wtedy, gdy płyniemy spokojnym, pełnym wiatrem i wszyscy pilnujemy, by moja córka siedziała spokojnie w odpowiednim miejscu, ona przesuwa się tylko na chwilę, wiatr przerzuca żagiel, a Lady D. obrywa talią (element osprzętu składający się z lin zamontowanych u góry i dołu bloczkami), której liny obcierają ją pod okiem i uderza policzkiem o burtę. Trochę płaczu i wracamy do zabawy, tym razem pod pokładem, gdzie spędzamy resztę czasu na zabawach plastycznych.

Podczas wyjazdu moja córka chodzi za mną krok w krok, nawet gdy jestem w toalecie, stoi za drzwiami i mówi do mnie bez przerwy. Trzeciego dnia zastanawiam się z moją przyjaciółką jak ci nasi rodzice znosili dwu-trzytygodniowe wakacje z dziećmi pod żaglami. Jak znosili tyle czasu na tak małej powierzchni? Jak nasze matki mogły nie zwariować, żyjąc, bawiąc się, gotując i piorąc tetrowe pieluchy na tych kilku metrach kwadratowych, mając tylko wiatr, wodę i dzieci za towarzyszy?

Wracam poirytowana, z ogromną potrzebą pobycia ze sobą, bez świadków, bez mojej córki, bez męża. Chcę ciszy, w której usłyszę wreszcie własne myśli! Dopiero późnym wieczorem, kiedy Lady D. leży w swoim łóżku, biorę naszego psa i idę pobiegać. „Gdzie idziesz, mamo?” – pyta, a ja mogę jej powiedzieć prawdę: „Muszę pobyć sama. Pobiegam trochę i wrócę”. „OK.” – rzuca z uśmiechem moja córka, a ja jestem wdzięczna jej za zrozumienie i sobie za wychowywanie jej w poszanowaniu potrzeb każdego z nas. Na twarzy czuję zimne wieczorne powietrze. Moje ciało zaczyna się rozluźniać, a umysł oczyszczać. Właśnie odczarowałam pewien rodzaj myślenia o sobie – uważałam, że ojciec wychował mnie na żeglarza, że ja też muszę kochać ten sposób spędzania czasu. Nie muszę, nie kocham. Wiatru w żagle dostaję w zupełnie innych okolicznościach. To duża lekcja dla mnie – nie zniewolić swojego dziecka jakąś wizją , którą w nim zaszczepię. Pokazywać świat, jasno komunikując, że ma wybór i musi szukać własnej ścieżki, własnych pasji i własnych źródeł energii.

Dorota Lipińska

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, felietonistka, w październiku premiera jej bloga: Mama z innej bajki

mama z innej bajki blog

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o