niedoskonała mama

niedoskonała mama

pierwsze kroki
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Miara własnych możliwości

Wrzesień 2011

Moja córka stoi, opierając się jedną ręką o kanapę. Mierzy wzrokiem odległość do najbliższego mebla, tak naprawdę mierząc własne możliwości. Powoli podnosi rączkę, stoi chwilę bez oparcia wpatrzona w stolik oddalony o metr z kawałkiem, po czym na powrót chwyta się kanapy. To jeszcze nie ten moment. Trzymana za ręce, biega i śmieje się głośno z własnej wszechmocy. Sama jest jednak ostrożna, wnikliwie analizuje otoczenie i własne możliwości. Obca jej brawura, chyba że w kojcu, gdy rzuca się odważnie na plecy w stos poduszek.

A jakie są moje możliwości? Kiedyś sądziłam, że nieograniczone. Nie, przepraszam – jeszcze kilka dni temu tak myślałam. Dziś uważam się za straconą. Kiedyś pracowaliśmy razem z D. w agencji reklamowej. Mój mąż nadal z nimi współpracuje, ja – od kilku już lat – nie. Dowiedziałam się dziś, że w grudniu planują wyjazd integracyjny, na który jedzie także mój ukochany. Wściekłam się, bo… zazdroszczę mu. On jest wśród ludzi, różnych ludzi! Innych niż dzieci i ich matki, podczas gdy ja…

Piszę bajki, a swoją przyszłość zawodową łączę z pracą z małymi dziećmi oraz ich rodzicami. Może cały ten mój pomysł na życie jest beznadziejny?! Na drugim biegunie mojej pracy widzę studentów, z którymi pracę mam zamiar rozpocząć w przyszłym roku. Może to pomieszanie rodziców i ich małych złośliwych karłów (jak wdzięcznie jeden z moich ulubionych pisarzy nazywa dzieci) z pełnymi pasji, naiwności, nonszalancji i brawury młodymi ludźmi będzie mozaiką pozwalającą mi na osiągnięcie względnej równowagi psychicznej?

Dziś jednak czuję się u-b-e-z-w-ł-a-s-n-o-w-o-l-n-i-o-n-a. Uwięziona w mojej wieży, bez szans na nadejście księcia – bo to mój książę właśnie, decydując się na dziecko, zamknął mnie w tej wieży. Wykres mojego biorytmu wygląda jak przekrój poprzeczny pasma wysokogórskiego – jednego dnia mam skrajną depresję, drugiego milion pomysłów, a wraz z nimi przypływ elan vital. Muszę przyznać, że moje pomysły są śmiałe, pełne rozmachu. Zaraz potem zaczynam jednak mierzyć swoje możliwości i wtedy kulę się nieco w sobie, tracę wiarę. Od urodzenia dziecka straciłam nieco odwagi, stałam się bardziej zachowawcza, nieśmiała. Kiedyś dumnie wypinałam pierś w męskim towarzystwie – dziś spuszczam wzrok. Kiedyś chciałam przenosić góry – dziś nie wiem czy dałabym radę dźwignąć pagórek. Dziwnym sposobem zmieniłam skalę, którą mierzę swój potencjał i chyba pora, bym ponownie przeskalowała tę miarę i znów ujrzała siebie taką, jak dawniej – wszechmocną, pełną wiary, z miarą na miarę możliwości, czyli po prostu – nieograniczoną.

Na razie jednak od kilku dni kicham, kaszlę i umieram. Umieram zresztą zawsze, gdy choruję – taka już moja przypadłość. Nie raz i nie dwa już tak bywało, jednak dopiero dziecko pokazało mi, czym naprawdę może być choroba. Po wspólnym weekendzie w domu, gdy D. wciąż mnie wspierał, przyszedł poniedziałek, a wraz z nim codzienne obowiązki. D. pojechał do pracy, moja córka postanowiła zajeździć mnie. Pierwszy raz nie myślałam, że umrę od tej choroby – dziś błagałam o śmierć! Byłaby wybawieniem od tortur, jakim poddawała mnie od rana moja słodka córeczka. Łazi za mną, powtarza „mama, mama, mama”, chwyta za nogawkę, każe się nosić. Wreszcie – bawi się sama, ale muszę być obok i co jakiś czas uśmiechać się do niej. Inaczej zaczyna drzeć mordkę.

Wczoraj moja dziewczynka balowała do 22. Płakała i wściekała się, zmuszając nas, byśmy wyjęli ją z łóżka. A potem szalała, bawiła się, chodziła wzdłuż kaloryfera… Dziś zapowiadało się podobnie, ale na szczęście D. utulił jakoś do snu tego małego łobuza i mamy spokojny, cichy wieczór, który zamierzam spożytkować na uzdrawiający sen. Jestem taką marudą, że nie mogę znieść swojej miny w lustrzanym odbiciu (i fryzury, i czerwonego nosa, i szklistego spojrzenia, i rozciągniętego dresu). Generalnie jest słabo, więc – jak to zwyczajowo się czyni – robię tak, by innym było gorzej i na tym tle zdaję się sobie być całkiem szczęśliwa. Zatruwam więc życie mojemu ukochanemu mężowi; jojczę, żądam, wymuszam, wzbudzam litość. Nieźle mi idzie – przyznaję – dlatego chyba, że od kilku miesięcy uczę się na co dzień od mistrzyni gatunku.

 tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o