niedoskonała mama

niedoskonała mama

zły sen
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Miałam taki zły sen

Październik 2011

Piszę ten tekst dzisiaj, 7 stycznia 2015 r. Chociaż wspomnienia, które opisuję miały miejsce przeszło trzy lata temu w październiku, nie mogę tak do końca pozbyć się tego styczniowego kontekstu. Styczeń jest miesiącem narodzin – nowy rok, nowe możliwości, nowe plany i marzenia. Dla mnie styczeń jest jednak bardziej miesiącem nostalgii, tęsknoty, odchodzenia i śmierci. Kilka dni temu minęło trzynaście lat od śmierci mojego taty, która była największą stratą, jaką dotąd poniosłam.

Pamiętam z tego dnia trzy istotne rzeczy – pierwszą jest rosół, który był niezjadliwy. Siedzieliśmy w kuchni całą rodziną i w ciszy, takiej ciszy, która dudni i dusi, próbowałam przełknąć zupę. Druga to ta, w której obudziłam się w nocy, bo zanosiłam się histerycznym szlochem, niewyobrażalna noc, w której nawet sen nie przynosi ukojenia. Trzecia – poranek, gdy odkryłam, że nic się nie zmieniło.

Wspominam o tym, bo zebrawszy zapiski z jesieni 2011r. (a tam się za moment przeniesiemy), znalazłam kilka śmiertelnie poważnych. Zebrałam je dziś w jeden tekst – jest pełen smutku, strachu, mar sennych i śmierci, łączy moje koszmary ze wspomnieniami tamtego dnia, gdy straciłam tatę.

Październik 2011

Obudził mnie w nocy, byłam zapłakana. Śniło mi się, że D. nie żyje. Jednak to nie rozpacz po śmierci ukochanego była główną treścią, ale zwykły dzień bez niego. Śniłam, że odprowadzam rano córkę do żłobka. Załatwiam potem codzienne sprawy – zakupy, sprzątanie, pranie, gotowanie. Potem odbieram Lady D. Wracamy do domu, wciąż uśmiecham się do niej. Wystarczy, że nie ma taty, nie musi mieć matki żyjącej tym oczywistym wręcz brakiem. Czuję we śnie, że muszę dać mojej córce możliwość życia, zamiast przeżywania wciąż na nowo śmierci. Całe popołudnie spędzamy śmiejąc się i bawiąc na dywanie. Budujemy wieżę, tulimy maskotki, gramy na bębenkach, śpiewamy… Cała jestem dla niej.

Jest najdroższą mi istotą, dlatego też obiecuję sobie nigdy nie obciążać jej poczuciem, że jest też najdoskonalszym świadectwem mojej miłości do jej ojca. Potem przychodzi wieczór. Kąpię ją, zastanawiając się czy ta mała istotka odczuwa wtedy brak taty, który zawsze był wtedy przy niej. Kiedy moja córka już śpi, chodzę po domu w lunatycznym transie. Szukam nieistniejącego już miejsca. Zastanawiam się czy nie lepiej byłoby się przeprowadzić. Porzucić wszystko i zacząć od nowa w ścianach, które nie pamiętają. Nie potrafię jednak porzucić tego miejsca pamiętającego wszystko. Jaki sens miałoby życie gdzie indziej? Nagle boleśnie rozumiem moją mamę, która nie chce nawet myśleć o przeprowadzce z za dużego, nieekonomicznego domu. „W salonie wiszą zasłony, które uszył twój tata” – odpowiada zawsze na wszelkie racjonalne argumenty. Ja też nie chcę porzucać naszego domu.

To tu są w kuchni półki, które D. sam zrobił, a pod nimi, zapisany na szczęście na ścianie, wiersz Leśmiana. Tu jest łóżko, w którym wtulałam się w ukochane ramiona. Tu jest kanapa, stół, biurko. Powietrze przesiąknięte wciąż Jego zapachem… Wieczorem nie mogę zaznać spokoju, bo moje życie bez D. jest przerażająco bezsensowne. Nie ma nagle osoby, z którą mogę godzinami rozmawiać, śmiać się, kochać. Nie ma człowieka, który był mi najbliższy. Czuję się samotna i ta samotność dotyka moich wnętrzności, szarpie brutalnie, gołymi rękami, moje nerwy. „Co dalej?” – zastanawiam się. Czy będę mogła kogoś pokochać? Pewnie tak. To smutne, ale może też zbawienne, że nasze serca potrafią nie tylko się zamykać, ale także otwierać. Ale co z tego? Po co? Przecież żyjąc z D., dotykałam Absolutu. Mam teraz układać sobie życie ze zwykłym śmiertelnikiem? Robi mi się wręcz niedobrze na myśl o innym mężczyźnie. Nie chcę, by ktoś siedział przy moim stole, zabawiał mnie rozmową, wybierał film na wieczór, by dotykał mnie… Brrr! Nie zgadzam się, by ktoś inny zbliżał się do mojej córki.

Styczeń 2015

Nawet opisując ten sen, płaczę. Może wiele ryzykuję, tak mocno opierając moje życie o D. Jednak z uśmiechem gram va banque. Kocham absolutnie. Nieprzychylni mogą mówić o uzależnieniu, jednak D. nie jest moim nałogiem – jest raczej koniecznością. Ta miłość determinuje moje życie. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Nie wartościuję, tylko przyjmuję z pełnym oddaniem. I kocham, kocham jak szalona!

Jeszcze jeden miałam sen…

Październik 2011

Małgorzata Hillar, której poezji jestem wielką entuzjastką, kończy wiersz „Sen o wrzosie” słowami:

Wiesz mówię

miałam taki zły sen

śniło mi się

że nie żyjesz

Śniło mi się, że wróciłam z pracy. Przyszłam do domu mojej teściowej, który był w tym śnie piętrowym, poniemieckim budynkiem z czerwonej cegły. Stał przy drodze, wzdłuż której rosły wielkie topole. Zaraz za domem, asfaltowa droga zmieniała się w brukowaną i pięła się w górę, by po kilku metrach, znów asfaltem, skierować się ponownie w dół. Kilkadziesiąt metrów dalej dochodziła do, bardzo już ruchliwej, ulicy w centrum miasta, po której jeździło wiele samochodów i tramwaje. Miasto było nieco niedzisiejsze. Główna ulica, z tymi tramwajami i kamienicami wokół, wyglądała nieco jak moje wyobrażenie o Patriarszych Prudach z „Mistrza i Małgorzaty”.

Wróciłam więc z pracy i zobaczyłam moją dziewczynkę, jeżdżącą na małym, zielonym, plastikowym rowerku po trawniku naprzeciw domu swojej babci. Nie była wcale duża, nawet we śnie wciąż miała swoje pół roku. Siedząc, nie dosięgała do pedałów, zatem stała na rowerku, rączki mając uniesione, by dosięgnąć kierownicy. „Mamo – powiedziałam z wyrzutem – przecież ona jest za malutka”. Choć radziła sobie całkiem nieźle, wiedziałam, że jest zbyt niemądra jeszcze, aby jeździć na rowerze. Może była sprawniejsza fizycznie w tym śnie, ale nawet tam zdawałam sobie sprawę, że rozumek ma taki, jak na jawie. Nagle Lady D. zaczęła pedałować szybciej i oddalać się w stronę, w której ulica biegła w górę. Zaczęłam ją gonić, wołając po imieniu.

Nie mogłam nadążyć, tak szybko pracowały jej małe, pulchne nóżki. Biegłam, wiedząc, że zdarzy się coś złego; zdając sobie sprawę, że jeśli moje dziecko dojedzie do głównej ulicy, nie mam żadnych szans, by je ocalić. Ona jechała, ale było jasne, że nie ma pojęcia o niebezpieczeństwie, nie wie nawet, że samochody czy tramwaje mogą być groźne, nie rozumie, że może stać się jej krzywda. Ona przecież nie zna niebezpieczeństwa. Nie wie nawet, że jeśli się przewróci, coś może ją zaboleć. Kiedy siedzi, najgorszym, co ją dotąd spotkało, było przewrócenie się na plecki i uderzenie głową w miękkie podłoże. Ona nie wie, że istnieje coś gorszego niż oczekiwanie w histerii aż przyjdzie mama, kiedy ona właśnie uzna, że chce mnie zobaczyć natychmiast! Pędziłam za nią, ale jakimś dziwnym sposobem moja córcia mknęła niczym błyskawica. Zobaczyłam jeszcze, jak kluczy między tramwajami, skręcając w lewo w główną ulicę.

Biegłam bez tchu, z sercem wyrywającym się boleśnie z piersi, mając pewność, że nie zdążyłam. Jeszcze teraz kłuje mnie coś pod mostkiem, gdy przypomnę sobie to uczucie – mojemu dziecku dzieje się krzywda, teraz lub za moment, a ja nie daję rady go ochronić. Skręcam w lewo, wciąż nawołując moją córkę, pytając ludzi czy jej nie widzieli. Nagle wszystko nieruchomieje. Miasto zamiera. Widzę moją dziewczynkę – leży na brzuszku, z podkulonymi jak żabka nóżkami, z rączkami podkulonymi pod brzuszkiem, wygląda zupełnie, jak wtedy, gdy w pierwszych dniach jej życia, układaliśmy ją na brzuszku, a ona leżała nieruchoma, schowana sama w siebie. Już nie pędzę.

Podchodzę spokojnie, moje serce nie bije, nie oddycham. Obok niej leży połamany rower, a na jej alabastrowym karku skrzą się krople szkarłatnej rosy. Jest nieprzytomna. Biorę ją w ramiona, tulę najukochańsze ciało z poczuciem, że jako matka nie dałam rady, nie ocaliłam mojego dziecka. Dzwonię pod numer alarmowy, ale włącza się automat, reklamujący kursy pierwszej pomocy, bhp, zachowania w razie pożaru… Po kilku minutach rozłączam się, biorę, stojącą przy chodniku, taksówkę i jadę do domu. Wiem, że kiedy wrócę, D. zawiezie nas do szpitala. Budzę się zapłakana. Wciąż nie mogę zapomnieć uczucia, które towarzyszyło mojej pogoni – tego poczucia, że nie zdążę…

Styczeń 2015

Płaczę. Z żalu, że i tak przyjdzie dzień, w którym się wszyscy rozstaniemy. Z radości, że mogę żyć z moim mężem i moją córką. Ze wzruszenia wreszcie. Zamiast jednak pławić się w strachach i śmierci, myślę sobie, że bać się tak panicznie utraty, oznacza tak naprawdę, że jestem w posiadaniu czegoś, dla czego warto żyć. Dziś, po trzech latach, moje koszmary są dawno zaakceptowane i już mnie nie dręczą. Dziś po prostu doceniam w pełni, że mogę przeżyć moje życie w miłości. A kiedy przyjdzie kiedyś pora umierania, umrzemy z godnością, by spotkać się potem w „Katedrze” Dukaja – złączeni w miłosnym uścisku staniemy się jednym z jej filarów.

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o