niedoskonała mama

niedoskonała mama

Matek Polek świadectwo
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Matek Polek świadectwo

Listopad 2011

Prolog (luty 2015 r.)

Felietony piszę, korzystając z notatek z czasów, które opisuję. Dzisiejszy tekst wymaga słowa wstępu. Nie lubiłam innych matek. W ogóle udawałam, że jestem taką super rockową mamuśką, której życia nie zmieniło pojawienie się dziecka. Przyjęłam pozę, która widać wtedy była mi potrzebna, a której dziś się może trochę wstydzę. Było minęło, ale chcę, żebyście wiedzieli, że dziś przepełniona jestem nabożnym szacunkiem dla rodzicielstwa, choć nadal uważam, że nie muszę lubić wszystkich matek ;)

Listopad 2011 r.

Od dawna planowałam z koleżanką wyrwać się z domu na weekend, odpocząć od dzieci, zabawić się – udawać, że jesteśmy jak z „Seksu w wielkim mieście” – singielki bez zobowiązań, za to w szpilkach i bajecznych kieckach. Miało być pięknie, ale – jak mawiał jeden z moich dawnych współpracowników – dobrze żarło i zdechło. Zgodziłam się bowiem na, inaugurującą nasz weekend w wielkim mieście, kolację z grupą zagranicznych mam. W oddzielonej sali zastałyśmy dwa wielkie okrągłe stoły, puste. Usiadłyśmy więc i zamówiłyśmy colę. Nie trzeba było długo czekać, by mamuśki zaczęły się schodzić.

Może w tym miejscu dwa słowa o tej grupie. Należy do niej podobno około czterystu matek z różnych części świata. Głównie Brytyjki i Niemki, ale trafiały się też Szwedki, Amerykanki, jedna Kazachstanka (i wiele innych, jak mniemam). Część z nich miała mężów Polaków, mężowie innych byli również obcokrajowcami, ale przebywali w Polsce na kontraktach. Wszystkie były matkami i obcymi w naszym kraju – połączyły więc siły i spotykały się na różnych zajęciach dla najmłodszych oraz we własnych domach. Sądzę, że grupa ta jest wspaniałym, niosącym otuchę i towarzystwo tworem. Obecność tych, przeszło dwudziestu, kobiet na kolacji była tego najlepszym dowodem. Fantastyczne, że tak wiele o sobie wiedzą, że służą sobie wzajemną pomocą. Jeśli któraś z nich szuka na przykład dziecięcego ortopedy, ślusarza, czy hiszpańskojęzycznej niani może zapytać grupę i zaraz okaże się, że któraś z kobiet ma szwagra/sąsiadkę/kuzynkę, którzy akurat mogą pomóc. Te kobiety charakteryzuje niespotykana solidarność i chęć niesienia pomocy, co typowe zresztą dla ludzi rzuconych na obczyznę.

Jestem jednak mistrzynią nietaktu, matką, której w samym macierzyństwie za ciasno, by mogła w nim skrzydła rozwinąć, więc i takie spotkanie nie miało szans powodzenia. Z założenia niespecjalnie lubię inne matki, wyjątkiem są te naprawdę mi bliskie. Nie lubię bowiem fatycznych rozmów o macierzyństwie, nie chcę z uśmiechem opowiadać jak rozkosznie całe dnie spędzać z maluchem, nienawidzę słodkiego paplania o dzidziusiach. Wyrywając się zatem od pieluch, trafiłam – o ironio – na spotkanie mamuś. Small talk ma być z założenia lekki, miły i przyjemny – ale jak do cholery, kiedy spotykają się matki i chcą rozmawiać o dzieciach?? Kiedy więc zaczynają się słodkie uśmiechy, te wszystkie „Hello, I’m Susan. Nice to meet you. How old is your baby? Boy or girl?” wychodzę na papierosa, a mijając bar, proszę o kieliszek wódki. Wypijam bez popitki, krzywiąc się nie mniej niż przy stole, słuchając moich towarzyszek.

Po drugim papierosie i kieliszku na drugą nóżkę, jeszcze przed podaniem kolacji, czuję jak szumi mi w głowie. Przy stole piję colę, moje towarzyszki – wodę mineralną. Szczytem perwersji jest białe wino, którym raczą się z lubieżnymi uśmieszkami i słodkim „Oh, one glass is not a problem, I can feed my baby after that”. A ja mojego piersią nie karmię, bo nie chciałam, o czym informuję swoją towarzyszkę, gdy pyta mnie o karmienie. Ona zresztą też niedługo zamierza przestać, bo jej córka ma już dziewięć miesięcy. Kilka kobiet próbuje nawiązać ze mną przyjemną konwersację, jednak wszystkie rezygnują po chwili rozmowy i dają się wciągnąć w small talk z kim innym, kiedy słyszą „Nie karmiłam piersią. Nie, nie – miałam pokarm, ale nie chciałam. O, tak – każdy dzień jest najszczęśliwszym w moim życiu, ale też każdego mam ochotę strzelić sobie w łeb. Tak, moja córcia już raczkuje; łazi za mną całe dnie i jojczy. Drugie dziecko? Nigdy!”

W międzyczasie wychodzę na papierosa, a barman usłużnie polewa mi, nawet, gdy o to nie proszę. Lekko odurzona, przy kolejnej kolejce pytam retorycznie barmana (czyż słuchanie podpitych klientów nie jest wpisane w ten zawód) „Wyrwać się od dziecka i trafić na spotkanie mam… wyobraża pan sobie?” Przy którymś tam papierosie, trafiłam na zewnątrz na trzy matki, Niemki, z którymi nie rozmawiałam wcześniej. Jedna z nich zapytała bez zbędnych subtelności „Who are you?”. Tym razem starałam się być miła. Powiedziałam kim jestem, powiedziałam, że mam słodką córeczkę. Moje towarzyszki, usłyszawszy, że jestem Polką, zapytały jednak dość oschle po co tu przyszłam. Zrozumiałam nagle, że wcale nie jestem na tej kolacji mile widzianym gościem; jestem przecież „u siebie”, nie rozumiem ich problemów i codziennych zmagań na obczyźnie.

To papieroskowe spotkanie i wypity alkohol doprowadziły do puenty mojego wieczoru. Pod koniec kolacji każda z nas była wywoływana po imieniu, po czym miała powiedzieć kilka słów o sobie. Gdy przemawiały popularne w grupie matki, żartom i owacjom nie było końca, gdy przedstawiały się nowe, grupa ze zrozumieniem kiwała głowami, gdy wstałam, na pytanie co tu robię, odpowiedziałam – niech skonam – szczerze. Wyjaśniłam, że miałyśmy się z koleżanką wyrwać z domu, zabawić, pić, tańczyć etc., a wylądowałam tutaj. Pozostawmy to zatem bez komentarza. Dość, że dokończyłyśmy kolację, pożegnałyśmy się i wieczór ten stał się dla mnie mglistym wspomnieniem. Przykro mi tylko, że – reprezentując swoje rodaczki-matki – wystawiłam im marnej jakości świadectwo, za co wszystkie Matki Polki przepraszam.

 Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o