Rok 2014

Nie pamiętam kiedy dokładnie mama powiedziała mi, że mój ojciec jest Żydem, jednak musiało być to dość wcześnie, bo nie pamiętam czasów, kiedy o tym nie wiedziałam. Jednocześnie jako zarozumiała dziewczynka, taka intelektualnie snobująca, uważałam ten fakt za mocno nobilitujący, więc sięgnęłam po książkę o judaizmie (a skoro to zrobiłam, należy przyjąć, że miałam z dziesięć lat). Przeczytałam ledwie kilka stron, jednak wszędzie ją ze sobą nosiłam i udawałam, nawet przed samą sobą, że przeczytałam całą.

Z zapamiętaniem opowiadałam, że w judaizmie bóg ma dwa imiona, Jahwe i Elohim, z czego pierwsze oznacza boga miłosiernego, a drugie surowo sądzącego (nie wiem czy taki podział i opis są zgodne z rzeczywistością, ale tyle tylko zrozumiałam i zapamiętałam z tych kilku przeczytanych stron). Moja miłość do ojca, czy raczej zapatrzenie w niego były tak wielkie, że wszystko, co z nim związane, było wspaniałe. Jego żydostwo (sam chyba określiłby się mianem ateisty lub przynajmniej osoby niepraktykującej i niesympatyzującej z żadną religią) stało się więc moim powodem do dumy i, choć po kądzieli jestem czystej krwi aryjką, zaczęłam myśleć o sobie jako o żydówce;

Kiedy, już po opuszczeniu przez ojca mojej matki, ta wyjawiła mi hańbiącą tajemnicę o poprzednich trzech żonach mojego ojca, uznałam to za rzecz naturalną i przyjęłam, że ja również będę mieć kilku mężów, skoro nie da się ułożyć życia z jedną osobą. Na szczęście zanim wyszłam za D. potrząsnęłam mocno moją mądrą główką i wszystko wskoczyło na swoje miejsce – może to moje drugie małżeństwo, ale pierwszy, ostatni i jedyny Mąż.

Nigdy nie interesowało mnie pochodzenie, drzewo genealogiczne, historia rodów. Dopiero teraz, po części dlatego pewnie, że sama jestem matką, zaczęło interesować mnie skąd pochodzę. Szkoda, że musiała umrzeć większość osób, które mogłyby mi o tym opowiedzieć. Jestem późnym dzieckiem moich rodziców. Zdążyli wcześniej być w Nowym Jorku i Amsterdamie; zdążyli wiele razy kochać i goić rany po rozstaniach z poprzednimi partnerami; zdążyli pobrać się, powołać do życia moją starszą o osiem lat siostrę; a potem – mimo, że już nic nie musieli – zdążyli jeszcze dać życie mnie.

W związku z tym późnym rodzicielstwem, kiedy dorosłam, większość rodziny to już starsze osoby bądź ci świętej pamięci. Część swojej historii mogę odnaleźć w książce mojego dziadka, który na kilka lat przed śmiercią wydał opowieść o owym żydostwie, od którego rozpoczęłam ten tekst. Na stronie tytułowej napisał dedykację dla mojej matki, wspomniał również o mnie i mojej siostrze „Dla mojej aryjskiej synowej i jej córek, żeby nie myślały, że wypadły kozie spod ogona”. Jeszcze kilka lat temu uważałam tę dedykację za zabawną, dziś traktuję ją bardzo serio – chcę wiedzieć skąd jestem, skoro nie z koziej dupki.

Wróciłam właśnie z moją córką z Kazimierza Dolnego, gdzie byłyśmy m.in. na spacerze w wąwozach. Miałyśmy okazję zobaczyć rzadkie zjawisko – żywe korzenie od spodu. Moje korzenie są już martwe, ale tylko jeśli zadam sobie trud dokładnego ich obejrzenia, będę mogła opowiedzieć kiedyś Lady D. jej historię. Rzadko kiedy ciekawi nas poprzednie pokolenie, kiedy jeszcze może nam coś przekazać. To jeden z powodów, dla których piszę – chcę zostawić córce świadectwo jej pochodzenia. Chcę, żeby miała okazję poznać swoją mamę, kiedy będzie na to gotowa.

Szukając korzeni, odwiedziliśmy na wiosnę rodzinę w Izraelu. Może wiele się nie dowiedzieliśmy o samej historii naszej familii, ale odkryłam, że więzy krwi są dla mnie szalenie istotne. Spędzałam czas z obcymi niemal ludźmi, ale jednocześnie czułam absolutną przynależność, którą dają wspólni przodkowie.

Takie poszukiwania sprawiają, że myślę więcej o ojcu, od tak dawna nieobecnym, właściwie nie tylko od śmierci, już wcześniej jego obecność w moim życiu malała i słabła. Kiedyś jednak byłam małą dziewczynką i miałam swojego tatę. Lubiłam jak po kąpieli zawijał mnie w ręcznik i wycierał mi ramiona, potrząsając mną całą. W ogóle lubiłam jak mnie kąpał. Kładłam się w wannie na plecach, a tata chwytał moje kostki i przesuwał mną do góry i do dołu, byłam wtedy syreną.

Teraz moglibyśmy pojechać na mazury i żeglować razem. Moglibyśmy być partnerami. Nie załapaliśmy się na ten etap znajomości…

Żałuję, że mój tata nie żyje, znów żałuję. To przez Lady D. – patrzę na nią i jej tatę i czasem przypominam sobie kogo straciłam. Dziś nasza córka płakała, że chce, żebym ja ją umyła, a nie D. Tłumaczyłam jej, że jak byłam mała, bardzo lubiłam jak mył mnie tata i często go o to prosiłam. „A plosiłaś tatę, żeby oglądać bajkę?”. Prosiłam. Uwielbiałam oglądać bajki z tatą, uwielbiałam być jego córką, przynajmniej dzieciństwie.

Nie wiem czy mój tata lubiłby mnie teraz. Lubię myśleć, że tak, że uważałby mnie za fajnego człowieka. Ale nie wiem tego. Może zamiast myśleć, że jestem samoświadoma i inteligenta, uważałby mnie za pretensjonalną. Ponieważ jednak tata niespecjalnie ma teraz siłę przebicia, lubię myśleć, że byłby ze mnie dumny. Zdumiewające – po tylu latach, po kochaniu go i nienawidzeniu, po tęsknocie, odrzuceniu i zobojętnieniu; po przeszło dziesięciu latach od jego śmierci, właśnie tego od niego potrzebuję – świadomości, że mój tata jest ze mnie dumny.

 Dorota Lipińska

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka

logo soojka.pl

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments