Fragment pamiętnika: „Po drugiej stronie lustra… kiedy pojawia się dziecko”

Wrzesień 2011

Czasem jestem stłamszona wszystkim, co się tu u mnie dzieje. Innym razem odkrywam, że wreszcie zaczęłam żyć w pełni w tej niezwykłej przestrzeni mojego życia z dzieckiem. Coraz rzadziej włączam komputer, coraz mniej staram się uciekać. Po prostu zanurzam się w codzienności, nie próbując histerycznie wypływać na powierzchnię, by zaczerpnąć tchu. Nauczyłam się oddychać tym, sfermentowanym nieco, powietrzem i odkrywam nowy świat, który otwiera przede mną swoje podwoje.

Moja córka jest czystą radością i miłością. Słysząc jej śmiech, sama zaczynam śmiać się w głos. Wreszcie jestem gotowa ofiarować jej swój czas, by podziwiać jak poznaje świat, jak cieszy ją odkrywanie, banalnych dla nas – dorosłych – rzeczy. Bo moja córka zaczęła mieć już swoje sprawy. Ogląda sobie coś czasem, sprawdza jak działa, do czego może posłużyć; staje przy każdej pionowej płaszczyźnie i tupta boczkiem. Radość na tej kochanej twarzy pozwala mi zapomnieć o bożym świecie, jest wystarczającą motywacją, bym chciała zrobić wszystko, by ten blask w oczach Lady D. nigdy nie przygasał. Wobec jej roześmianych oczu, wszystko inne zdaje się niczym.

Jednak ta codzienność jest jak założenie na wspaniałe przyjęcie trochę przyciasnego gorsetu. W czasie imprezy nie przeszkadza ta niedogodność i za nic w świecie nie zrezygnowałabym z niego – ta cudowna talia! ten pełny, apetyczny biust! – chwilami ciężko się oddycha, ale efekt jest tak porażający, że bez żalu – a nawet ze szczerą rozkoszą – mogę się przemęczyć. Roześmiane oczy mojego dziecka są wystarczającym powodem zatem, bym z rozkoszą nurzała się w dniach, które są tylko nasze. Ale to nie znaczy, że oddycham pełną piersią. Trochę mi tu ciasno.

Wiele myśli poświęciłam ostatnio wypowiedzi mamy trzymiesięcznej dziewczynki, która przyznaje, że czasem czuje niechęć do swojej wspaniałej, jak sama ją określa, córeczki oraz wspomina, że nie tak to sobie wyobrażała. Ile nas jest? Zwyczajnych niezwykłych matek, które szczerze przyznają „Duszę się. Boję się. Czuję się oszukana”. Otwarcie mówi się o baby bluesie, a nawet o depresji poporodowej. Dlaczego emocje, które nie podlegają pod zaburzenia emocjonalne, a jedynie stanowią negatywne uczucia związane z rodzicielstwem są nadal swego rodzaju tabu?

Dlaczego to głównie kobiety, matki patrzą wilkiem na inne matki, które przyznają sobie prawo do szczerości? Ja w ogóle miewam problem z innymi matkami. Wkurza mnie, że bywają głupie i zaborcze, albo nieszczere. Jeśli bowiem tak upupiły się w macierzyństwie, że naprawdę nie mają nic poza nim, jeśli zrezygnowały z siebie, by z ulgą osiąść na pieluchach (laury nie wydają mi się tu właściwym słowem), odpocząć od pracy; mówić, że przy dziecku nie ma czasu na czytanie/uczenie się/rozwijanie pasji etc., to w moim przekonaniu są to znamiona głupoty.

Co z tego, że będą żyły życiem swoich pociech? Co z tego, że będą bawiły się w robienie przecierów i pranie wielorazowych pieluch; co z tego, że ich dzieci będą znały trzy języki w wieku dwóch lat? Te dzieci będą chciały za parę lat własnego życia, a matki pozostaną z niczym, nie licząc oczywiście tęsknoty, goryczy i poczucia dołującej przeciętności. Te matki bywają też zaborcze, bo trzymając się kurczowo resztek „swojego” życia dziecka, będą utrudniały swym „maluszkom” rozpoczęcie budowania własnej, niezależnej od ich, historii. Są też matki, które zdają sobie z tego wszystkiego sprawę, ale jakoś tak głupio przyznać przecież, nawet przed samą sobą, że życie nas oszukało – nie tak wyobrażałyśmy sobie pierwsze miesiące z ukochanym maleństwem.

Tu czasem brak szczerości. Są też matki, jak ja i wiele znanych mi kobiet, które spokojnie mówią „Moje dziecko jest najpiękniejsze, najmądrzejsze i najwspanialsze. Jak każde”, które bez zażenowania przyznają, że czują do swojego dziecka niechęć, lecz także, że nie chcą innego życia niż to – pełne niechęci i absolutnej, obezwładniającej miłości. Pozwalam sobie na luksus szczerości, bo nie straszny mi ostracyzm społeczny; nie martwi mnie brak popularności wśród innych. Pozwalam sobie na szczerość, bo mi nie zależy, bo – jak za kilkanaście lat powie moja córka, gdy zapytam o nieodrobione lekcje – mam na to wyjebane :)

Piszę to wszystko, bo uwielbiam kobiety – podziwiam nas, kocham! Za wszystko – za klasę, urok, subtelność, wrażliwość, snucie intryg, zamiłowanie do bezwartościowych szmatek, za siłę, determinację, błyskotliwość, zaradność. Kocham nas, kobiety i nic nie leży mi na sercu bardziej niż nasze szczęście, nasz spokój, nasze poczucie uczciwości wobec samych siebie. Zamiast porównań, zamiast „dobrych” rad, zamiast mówienia za plecami – wspierajmy się w naszej kobiecości, w naszym macierzyństwie!

 tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments