Październik 2011

D. wyjechał na cztery dni. Zostałam sama z moją stokrotką. Cztery dni? Nic wielkiego! Czwartek spędzimy na zabawie, piątek także, może babcia wyjdzie z małą na spacer, żebym odetchnęła… W sobotę i niedzielę mam zajęcia na uczelni, więc z Lady D. będzie moja teściowa – kochana kobieta! Zapowiadało się miło i bezproblemowo dopóki nie zadzwoniła teściówka, żeby oznajmić, że… z powodu korzonków jest uziemiona w łóżku!

Telefon odebrałam przy mojej przyjaciółce, K., która od razu zaoferowała się, że przygarnie moje dziecko w weekend. W piątek rano zadzwoniła zapłakana – jej mąż po całym tygodniu pracy nie chce w weekend męczyć się z moją córką… Rozumiem. Zanim sama miałam dziecko, cudza latorośl do opieki była ostatnim, na co mogłam mieć ochotę. Zaczęłam więc gorączkowo szukać nowych pomysłów, biorąc pod uwagę nawet zabranie córki na uczelnię. Znalazłam jednak rozwiązanie dużo prostsze – pójdę tylko na najważniejsze zajęcia, a moja przyjaciółka pojedzie ze mną, by spacerować w tym czasie z moją córeńką.

No i nadeszła sobota… istny maraton! Wstajemy, jemy śniadanie, bawimy się, kąpię się w asyście córki, jemy drugie śniadanie, pakujemy się, wychodzimy z domu. Jedziemy do K., zostawiam na moment Lady D., żeby wrócić po coś do samochodu. Wracam, moja córcia zapłakana, nie chce puścić mnie nawet na moment. Pijemy kawę, pakujemy się, jedziemy na uczelnię.

Moje dziecko zasypia po drodze, więc delikatnie przekładam je na miejscu do wózka. Siedzę na zajęciach, nerwowo zerkając na telefon. Wykład kończy się, biegnę do dziewczyn na złamanie karku. Moja stokrotka budzi się kilkanaście minut później. Uff… Odwozimy K., jedziemy do domu, jemy obiad. Moja mama przybiega przed 14, udało jej się urwać z pracy. Całuję córkę w czoło, macham, krzyczę „papa” i pędzę na uczelnię.

Wpadam na wykład spóźniona, siedzę półtorej godziny, notuję. Potem biegiem do domu, po drodze odwołując spotkanie z koleżanką – nie mam mocy kolejny raz jechać gdzieś i potem wracać. Wpadam do domu, Lady D. śpi smacznie w ramionach mojej mamy. Jem coś, zaczynam robić mielone na jutro, moja córka budzi się. Ma piękne rumieńce. Rumieńce? Mierzę temperaturę – 37,8. Nie najgorzej, ale może katar rozwija się w coś poważniejszego…

Bawimy się, Lady D. gryzie mnie co chwilę – może stan podgorączkowy jest od zębów? Daję jej nurofen, uspokaja się nieco. Kończę smażyć kotlety, jemy chrupki (czego dowodami usłana jest droga z kuchni do salonu). Kąpiemy się, przytulam córkę, daję butlę z mlekiem, odkładam do łóżka, wychodzę, słyszę płaczliwe „mama mama”. Wracam, kładę stojące dziecko, przykrywam kołdrą, wychodzę. 21.56 – Lady D. budzi się z płaczem, biorę ją na ręce, jest gorąca, 38,7…

Żaden dramat – ot, zwykła sytuacja, a uświadomiła mi, jak ciężkie logistycznie może być życie z dzieckiem. Wszystkie samodzielne matki winny co dzień dostawać ordery!

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka

logo soojka.pl

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments