Sierpień 2011

Jechałam w sobotę na imprezę. Na przystanku czekała kobieta. Na oko trzydziestolatka, w japonkach, krótkiej jeansowej spódniczce i wystających ponad nią sznureczkach od stringów, dotkliwie wbijających się w „boczki”. Do tego tatuaże – na łydce, ramieniu, karku. Włosy – tlenione, lecz z wydatnymi ciemnymi odrostami, krótkie, nieco przetłuszczone z falą a la lata ’20. Czekała na autobus, siedząc na krawężniku i wyklinając kogoś, kogo wtedy nie widziałam. Obok niej dwoje dzieci – dziewczynka, trzy-, może czteroletnia i starszy o jakiś rok chłopiec. Autobus nadjechał, wsiedliśmy wszyscy. Ona, dwoje dzieci, jej mąż (to z nim „rozmawiała” wcześniej) i jeszcze dwoje dzieci w wózku. Jedno dziecko, około półtoraroczne siedziało w gondoli, oparte o tylną ściankę, a na właściwym miejscu leżał maluszek w wieku mojej córki.

Kobieta wciąż mówiła, chwilami do siebie, czasem do telefonu (nie wiem czy naprawdę ktoś był po drugiej stronie linii), a czasem, nieco głośniej do swojego męża. Wszystkie jej odzywki były wulgarne i przykro było patrzeć na tę rodzinę. W pewnym momencie podeszła do wózka, zaczęła wyciągać ręce do maluszka, krzycząc na cały autobus „To moje dzieci, kurwa, moje!” Mąż złapał ją mocno za ramię i odepchnął od wózka. Ten ruch był zdecydowany, ale nie brutalny dla samej brutalności. Kobieta była pijana i widać było, że on tylko chce ochronić przed nią najmłodszą latorośl.

Ona jednak zaczęła bluźnić głośno, zadzwoniła gdzieś, opowiadając głośno „Tak, kurwa, znów to zrobił. Dzwoń po psy! Słyszysz, kurwa! Tak, dzwoń po psy!” W tym czasie jej mąż rozbawiał maluszka, był miły, spokojny i czuły. Płakałam w autobusie. Z niemocy może? Odkąd jestem matką, nie potrafię już odwracać głowy. Nie tylko w sytuacjach, gdy chodzi o dzieci, w ogóle stałam się taką trochę „społecznicą” – odczuwam ogromną potrzebę, by zmieniać świat. I nie zadowala mnie już tłumaczenie, że sama świata nie zbawię. Właśnie ja sama, w połączeniu z innymi „samymi” możemy mieć realny wpływ, jeśli nie na dziurę ozonową, to chociaż na najbliższe otoczenie. Kiedy owa rodzina wysiadła z autobusu, kobieta zostawiła w tyle swoje pociechy i pobiegła przed siebie. Jej mąż szedł powoli, za rękę trzymając płaczącą córeczkę, mówiąc coś do starszego chłopca i prowadząc wózek z dwoma maluszkami, młodszym w wieku mojej córeczki, która od trzech godzin spała spokojnie w swoim łóżeczku.

Jadąc dalej, myślałam co będzie, jeśli policja faktycznie przyjedzie. Może tym razem nie ukarzą faceta za przemoc wobec żony, bo ta jest ewidentnie pijana. Jeśli jednak któregoś dnia się rozstaną, dzieci zostaną przy matce, będą dalej patrzyły jak mama pije, cierpiały, gdy mama będzie je wyzywać czy bić, pojawią się nowi wujkowie, z którymi mama zgodnie będzie pochłaniała hektolitry wiśniówki i pieprzyła się metr od śpiących, lub udających śpiące, dzieci. W którym momencie te słodkie, biedne stworzenia przestaną być niewinnymi ofiarami, a same staną się ludźmi z marginesu?

Wysiadłam, zadzwoniłam pod 112 i zgłosiłam się jako świadek, gdyby ta kobieta faktycznie wezwała policję na męża. Co usłyszałam? Że nic nie da się zrobić. Policja nie ma jak monitorować wszystkich zgłoszeń i porównywać z moim. W tej rozgrywce „ja vs cały świat” przegrałam 0:1…

 tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments