niedoskonała mama

niedoskonała mama

relacje mamy z córką
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Ja jestem duża, Ty jesteś mała

Dziewczyńskie wakacje. Moja córka i ja przemierzające bezkresy mazurskich dróg. Gdzieś pomiędzy Giżyckiem a Rynem postanawiam nagle wyznać Lady D. życiowe prawdy. Poważnieję, bo mówić będę o rzeczach nader wzniosłych, moja córka znudzona patrzy w okno, bo – jak stwierdziła – „Długo jeszcze będziemy jechać? Chcę się bawić!”. Zaczynam swój wykład. Mój głos jest spokojny i opanowany. Opowiadam o przemijaniu, cytuję klasyków, że marność nad marnościami i wszystko marność.

Tłumaczę, że śmierci nie należy się bać, ona jest po prostu faktem, że z przemijaniem należy się zwyczajnie pogodzić, taki krąg życia – lwy jedzą antylopy, a antylopy zjadają trawę wyrosłą na lwich truchłach (chyba każdy kojarzy ten patetyczny fragment z „Króla Lwa”?). Jesteśmy więc jak Mufasa i Simba, tylko z filmu drogi, a zamiast antylop i hien, dziki i sarny hasające po naszych lasach mieszanych. Opowiadam i czuję się jak kompletna idiotka, bo właśnie staram się wmówić mojej córce prawdy, w które sama nie wierzę. Bo we mnie wciąż nie ma zgody na upływ czasu, na to, że ja dojrzewam, a Lady D. rośnie, na starzenie się mojej mamy, na odchodzenie bliskich. Naiwnie sądzę jednak, że maskuję własne niepokoje spokojnym tonem głosu i skupieniem na drodze.

Nagle moja córeczka zaczyna płakać. Płacze popisowo – wielkie jak groch łzy, spazmy małego ciałka, zdławiony w gardle jęk. Szloch przeradza się w prawdziwą histerię. Muszę szybko zaparkować gdzieś na poboczu, rozpinam pasy i tulę moje zanoszące się dziecko do serca. Kołyszemy się delikatnie, moje małe, ukochane rumiane policzki spływają gorącymi łzami, a uwielbione usteczka powtarzają tylko w kółko: „Nie chcę, żebyś umierała, mamo, nie chcę”. I ja zaczynam płakać i tak trwamy dobre dwadzieścia minut. Wreszcie bez przemijania, zakotwiczone mocno w rozdzierającym bólu teraźniejszości…

Jak ja, kretynka, mogłam pomyśleć, że wolno mi opowiadać małemu dziecku takie rzeczy? Nie chodzi o zatajanie prawdy, tylko o bezsensowny i za trudny wykład. Jak mogłam pomyśleć, że moja córka mi uwierzy, skoro ja sama nie wierzę? A dzieci, choć o życiu wiedzę mają raczej ograniczoną, posiadają wielką wrodzoną zdolność wykrywania fałszu, odczytywania naszych emocji z ciała, nie z treści wypowiedzi. Moja czteroletnia córka wykazała się większą niż ja mądrością i przejrzała mnie na wylot. Wiedziała, że łżę jak pies, choć nie rozumiała dlaczego. Ja wtedy też nie. Teraz zaczynam pojmować, że chciałam coś wytłumaczyć sobie. Ale to ja jestem dorosła, a moja córka jest dzieckiem. To moja odpowiedzialność, żeby pogodzić się z przemijaniem, moja córka nie zrobi tego za mnie.

Po wakacjach staramy się wrócić do zwykłego porannego rytmu, w który wpisane jest wstawanie o 20 minut za późno, potem chaos, pośpiech i stres, że nie zdążymy. Tamten poranek niczym by się nie wyróżniał, gdybym nie była bardziej niż zwykle niewyspana, a drzemka nie przeciągnęłaby się do ponad pół godziny. Biegałam po domu jak szalona, coś przegryzając, susząc włosy i pokrzykując „Pospiesz się, bo się spóźnimy! Trzeba było wcześniej wstać! Co tak stoisz? Zęby umyte?!”. Wszyscy znamy takie poranki, po których obiecujemy sobie, że już zawsze, ale to zawsze będziemy wstawać wcześniej. Wydawało mi się, że Lady D. specjalnie się guzdrze, że lekce sobie waży moje spóźnienie do pracy, którą powinnam zacząć za 5 minut. Przy zakładaniu butów coś we mnie pękło:

– K…, rusz się! Przez ciebie spóźniam się do pracy.

Lubię powoływać się na zasadę Arystotelesa – parafrazując, „Jeśli coś, co chcesz powiedzieć nie jest ani dobre, ani pożyteczne, ani prawdziwe – zamilcz”. Złamałam tę zasadę po trzykroć, okrasiłam przekleństwem i żałowałam już po nanosekundzie. Kiedy odebrałam moją córkę z przedszkola, wzięłam ją na kolejną poważną rozmowę:

– Ja jestem duża, a ty jesteś mała – powiedziałam, a lady D. popatrzyła na mnie uważniej. – Ty jesteś dzieckiem, a ja jestem rodzicem. To rodzice chodzą do pracy i to oni są odpowiedzialni za swoje spóźnienia. Nie zdążyłam rano, bo niewystarczająco wcześnie wstałam. To moja sprawa, nie twoja – przepraszam.

A moja córka uśmiechnęła się rozumiejąco, przytuliła mnie i powiedziała: „Nie musisz przepraszać, mamo”.

Ja jestem duża, a moja córka mała. Każda z nas ma związane z tym przywileje i obowiązki. Dotarło do mnie jak ważny jest ten podział i ile przynosi korzyści, kiedy przestaję zrzucać na moją córkę to, co moje.

Dorota Lipińska

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, felietonistka, w październiku premiera jej bloga: Mama z innej bajki

mama z innej bajki blog

Comments

comments