niedoskonała mama

niedoskonała mama

pixabay.com
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Czego naprawdę chcesz na święta?

Naprawdę chciałabym odejść. Spakować jedną małą walizkę, taką, co to zmieści się jako podręczny w metalowym koszyku-wzorniku na lotnisku niskobudżetowych linii, i wyjść z domu. Bez trzymania w ramionach, wzruszających laudacji pożegnalnych i egzaltowanych gestów. Po prostu wieczorem wzięłabym prysznic wcześniej niż zwykle, założyła wygodne ciuchy, zajrzała do pokoju mojej córki…

I dupa. Wcale bym nie wyszła. Nawet w moich śmiałych wyobrażeniach nie wychodzę, nie odchodzę, nie wyjeżdżam. Wracam do łazienki i kładę szczoteczkę do zębów na stałym miejscu, po czym patrzę w lustro z dezaprobatą.

To nie tak, że nie mogę odejść – ja tego po prostu wcale nie chcę. Bycie częścią rodziny jest męczące, żeby nie powiedzieć wykańczające, jednak nic gorszego nie mogłoby mnie spotkać niż brak mojego męża i córki. Tylko mam czasem tak mocno dość, że słyszę odgłos tłuczonego szkła, choć nie jestem wystarczająco nieobliczalna, żeby naprawdę pieprznąć talerzem o podłogę.

Świąteczna nerwówka w pełni – ludzie chodzą i jeżdżą jak potłuczeni, mają złe spojrzenia i  miny, których pewnie powstydziliby się, gdyby zerknęli w lustro. Za to ich choinki są idealne, dekoracje doskonałe, dania zbyt obfite, a zapas wódki na święta niedoszacowany, dlatego będą jeszcze lecieć w pierwszy dzień świąteczny do sklepiku za rogiem, który prywaciarz otwiera w świątek-piątek, słusznie licząc na wysokie utargi.

I ja jestem w tej nerwówce, wchodzę w nią łatwo i niezauważalnie dla samej siebie. Muszę ją jednak dobrze znać, skoro poruszam się tu tak swobodnie. Zastanawiam się czy naprawdę odpowiadają mi takie święta, w jakich biorę udział? Czy to naprawdę zgodne z moimi wartościami? W ogóle nie. Święta, które znam mają szereg składowych, do których przywykłam, ale których wciąż nie akceptuję.

Mama urabiająca się po łokcie, taszcząca siaty z zapasami do końca roku dla pułku wojska, tata robiący popisowe danie, co czyni go bohaterem domu i zwalnia z dalszych prac. Wszystko ma być doskonałe, i tylko dobry humor leży odłogiem. Bo na uśmiech nikt już w Wigilię nie ma siły ani cierpliwości. Od rana zaczynają się sprzeczki i zaczepki. Do popołudnia jesteśmy pokłóceni i dopiero podniosła atmosfera przy wigilijnym stole w połączeniu z faktem, że stroje mamy tak eleganckie, iż zakładamy buty do chodzenia po domu, sprawiają że na jeden wieczór wchodzimy w swoje role.

Biorę głęboki wdech i zatrzymuję powietrze głęboko w brzuchu. Kontaktuję się ze sobą i zadaję fundamentalne pytanie o święta – JAKIE CHCĘ, ŻEBY BYŁY? Tylko tak naprawdę, bez zastanawiania się czy tak się da, bez obawy, że sprawię komuś przykrość, bez poczucia winy, że chcę zmieniać rodzinne tradycje. Pragnę wyłączonego telewizora, gwaru rozmów, wspólnego kolędowania i śmiechu. Czy to wygórowane lub nierealne oczekiwania? Wcale nie! Dlatego napisałam sobie czarno na białym listę wigilijną (jak ja kocham checklisty!): wydrukować teksty kolęd, wyłączyć TV, rozpocząć temat „moje wymarzone święta” – niech każdy się wypowie, może dzieci zadziwią nas, wyznając swoje potrzeby?

Bo ja tak naprawdę nie chcę nigdzie odchodzić, odwoływać świąt, opuszczać rodziny, bojkotować tradycji. Ja chcę prawdziwości w moich działaniach. Skoro pozwalam sobie na szczerość w poglądach i osądach, daję sobie w prezencie gwiazdkowym moc prawdziwości w relacjach rodzinnych i sposobie obchodzenia Bożego Narodzenia. A Wam? Życzę tego samego – niech MOC będzie z nami! Biję się w pierś, ale nie mogłam się powstrzymać :)

Dorota Lipińska

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, felietonistka, blogerka – mama z innej bajki.

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o