Grudzień 2011

Jeszcze niedawno, wyobrażając sobie roczne dziecko, miałam przed oczami obraz pulchnego amorka w pieluszce, który rozgląda się wokół wzrokiem nie zdradzającym pomyślunku. Dziś widzę całkiem rozumną dziewczynkę. Można się z nią komunikować – nie jest to jeszcze dysputa filozoficzna, ale już rozumie więcej poleceń niż jamnik mojej mamy. Codziennie moja córka uczy się czegoś nowego, zdobywa kolejne umiejętności, choć mogą wydawać się niewiele znaczące, stanowią kroki milowe w procesie uczłowieczania się mojego dziecka.

Spotkałam ostatnio koleżankę z jej trzytygodniowym synkiem. Jakże niedawno sama miałam w domu taką kluskę! Jakże dawno… Koleżanka była nieco opuchnięta, mówiła, że dopiero od kilku dni może chodzić (ach, te porody naturalne), jest zmęczona, jej hormony szaleją. „Pierwszy miesiąc jest najgorszy” – kiedyś nie pocieszała mnie ta prawda, dziś sama głoszę ją z pełnym przekonaniem o jej słuszności. Troszkę jednak zazdroszczę tej koleżance… Te pierwsze tygodnie są stanem wyjątkowej stagnacji, zawieszenia w dziwnej czasoprzestrzeni, gdzie jest tylko kobieta, jej ciało i małe ciałko z niego powstałe.

Rok jest magiczną granicą. Psychologowie twierdzą, że rok jest przełomowym momentem w procesie powrotu do równowagi po traumatycznych przeżyciach. Poród i pierwsze tygodnie/miesiące z niemowlęciem są takim właśnie przeżyciem. Może „traumatyczny”  nie jest słowem idealnym, ale są na pewno przeżyciem wstrząsającym, pozostawiającym ślad tak na ciele, jak i psychice, życiu codziennym. Dopóki nie minie rok, mogę myśleć „Jeszcze rok temu miałam taki wielki brzuch… W ostatnie święta to już byłam pewna, że urodzę” itp. Kiedy jednak moja córka zdmuchnie (tak, już to widzę) pierwszą świeczkę, 23 stycznia 2012 r., wszystko się zmieni. Życie przestanie toczyć się w zamkniętych ramach wyznaczonych przez narodziny mojej córki. Póki jeszcze nie przekroczyliśmy tej granicy… Jeszcze rok temu chodziłam popołudniami w wielkim kożuchu, z ogromnym brzuchem i opuchniętym ciałem, w którym zatrzymywała się już woda. Wyglądałam jak foka albo pętko kiełbachy i toczyłam się tak po, rozświetlonym latarniami i lampkami świątecznymi, miasteczku. Codziennie odbywałam pielgrzymkę na bazarek po owoce od pani Eli, wędlinki od pani Stasi, śmietanę od pana Stefana. Potem objuczona torbami wracałam do domu, sunąc po zaszronionych chodnikach, niczym wielbłąd stawiający niespieszne kroki i grzęznący w piaskach pustyni. Z uśmiechem i nostalgią wspominam poprzednią zimę. Bo zeszłej zimy, rok temu to…

Marzec 2015 r.

A dziś popłakuję ze wzruszenia nad tym co było cztery lata temu. Pamiętam jak chciałam uwolnić się od mojej córki, od tej stagnacji, jak zaglądałam raczej w przyszłość „Jeszcze rok i moja córka będzie chodzić”, „Jeszcze rok i zacznie mówić”, „Jeszcze…”. A teraz? Chodzi, mówi, oddala się. Cholernie trudno żyć chwilą, zwłaszcza jak już ma się dziecko i te chwile są takie cenne. Bo rok temu to… było rok temu – teraz jest teraz, więc biegnę z moją córką na rower!

 Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka

logo soojka.pl

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments