niedoskonała mama

niedoskonała mama

wakacje z dzieckiem
felieton

Kiedy pojawia się dziecko… Anioły przychodzą nocą

Czerwiec 2012

Dziś drugi dzień wakacji z moją córką. Tylko Lady D. i ja. Siedzimy sobie w komfortowym hotelu, obok plac zabaw i dużo zieleni, basen i sala zabaw. Wczoraj myślałam, że jestem zajebista, a wszyscy inni tacy… no cóż. Tylko moje dziecko biega swobodnie bez butów, śmieje się i dokazuje. Trochę rozrabia, ale nie boi się, zaczepia innych i co chwilę o coś obija, ale nie robi z tego problemu, tylko śmieje po dwóch sekundach. Jestem jedynym rodzicem, który bawi się nawet drogą na stołówkę, śmiejąc się głośno, ścigając z dzieckiem i w ogóle. No bez dwóch zdań – najweselsza i najwspanialsza mama pod słońcem.

Drugi dzień przynosi nowe refleksje i każe zastanowić się nad sobą. Dzieci tych „sztywniaków” idą spokojnie na posiłek, potem jedzą przy stole, siedzą dopóki rodzice nie skończą (ewentualnie bawią się cicho obok stołu); bawią się w sali zabaw, bawią się na placu zabaw, pilnują się swoich rodziców. A najwspanialsza mama świata i jej idealne dziecko toczą nieustanny bój. Rano nie mogę się umyć spokojnie, bo Lady D. chce wejść ze mną pod prysznic. Wychodzę, rozbieram ją, wchodzimy do brodzika. Moja córka wścieka się i chce wyjść, więc wychodzę, ubieram ją, a potem sama biorę kąpiel przy otwartych drzwiach kabiny.

W drodze na śniadanie bawimy się i trwa to cały posiłek, bo – choć staram się zjeść przy stole – ciągle muszę biegać i ratować coś lub kogoś przed moim dzieckiem. Idziemy do sali zabaw, a zaraz potem na dwór, na dmuchaną zjeżdżalnię. Bawimy się nieźle, zwłaszcza, że muszę wchodzić i zjeżdżać z małą, więc i ja mam frajdę. Zbiera się więcej ludzi. Przy kolejnym zjeździe Lady D. odbija się kilkukrotnie twarzą od materaca i ryczy głośno. Dezaprobata gapiów każe mi zabrać córkę z dmuchanego zamku i poszukać sobie bezpieczniejszych zabaw. Cały dzień bezskutecznie próbuję nakarmić moje dziecko. Wczesnym popołudniem Lady D. zasypia na całe czterdzieści minut.

Potem idziemy na spacer z wózkiem, z którego wyjmuję ją, gdy już awanturuje się na całego. Staje obok i nie chce iść, a ja nie chcę jej wziąć na ręce, więc stoimy, a ona płacze, jakbym jej łeb ukręcała. Całość powtarza się czterokrotnie. Wreszcie idziemy za rękę nad wodę. Tam bawi się w piasku, brodzi w cuchnącym jeziorze. Wracamy. Spacer pod górkę mógłby zająć nam piętnaście minut, ale trwa godzinę, bo Lady D. ogląda każdy kamyk, pręt i ziarnko piasku po drodze. Zaczyna droczyć się ze mną i uciekać. „Ja idę, papa” – mówię. „Papa” – odpowiada moja córka i biegnie w swoją stronę. Gonię ją, prowadzę za rękę, po chwili sytuacja się powtarza.

Popołudniem idziemy na obiad. Ucieka mi w korytarzu, zostaje za rogiem. Nagle wybiega i krzyczy, wskazując palcem za siebie „Pan! Pan!”. Opowiadam uprzejmie: „Pan idzie? To się zdarza”. Wdaję się w krótką rozmowę z panem, który ma synka o dwa miesiące młodszego od mojej córeczki. Po chwili słyszę „Mama! Mama!”, rozglądam się, ale nie widzę nigdzie stokrotki. Nagle dostrzegam jej roześmianą buzię na półpiętrze klatki schodowej, która znajduje się parę metrów ode mnie. Zwiała! I to po schodach. Zabieram ją na obiad. Oprócz naszego, zwiedza dwa stoliki, do których się dosiada, trzaska drzwiami do restauracji, spada z sofy w holu, zabiera zabawkę jakiemuś dziecku. Czego nie robi? Nie je. Przyznaję – cały posiłek (mój) przesiedziała przy stole, bo uprzedziłam, że ma na mnie poczekać. Wszystkie te psoty miały miejsce, gdy pozwoliłam jej odejść od stołu na czas wypicia przeze mnie herbaty…

Wychodząc ze stołówki, biorę Pana Żabę (jej śliniak) i kawę (musiałam wziąć na wynos) w jedną rękę, drugą obejmuję, wierzgającą nogami, Lady D. w pasie i idę spokojnie korytarzem. W lobby zatrzymuje mnie telewizyjna relacja z trąby powietrznej, jaka nawiedziła wczoraj północną część kraju. W milczeniu oglądam obrazy jak z amerykańskiego filmu klasy B. Nagle zrozumiałam, że dzieją się rzeczy istotne i mniej istotne – moje drobne problemy wychowawcze zyskały szerszy kontekst.

Zaprowadziłam Lady D. do sali zabaw. Zamykali o osiemnastej, miałam więc jeszcze dwadzieścia pięć minut. Niespełna pół godziny dało mi wystarczająco, by się nieco zregenerować. Po osiemnastej zabrałam córkę na basen (sprzątając uprzednio na sali zabaw trzy wiaderka kredek rozrzuconych przez Lady D.) Na basenie wybawiłyśmy się tak, że w pokoju byłyśmy o 20.10. Od razu do łóżka z kaszką i dobranoc. Prawie godzinę zajęło jej zaśnięcie, ale wreszcie znów przemieniła się w blond aniołka o rumianych snem policzkach. Taką uświęconą snem kocham ją najbardziej.

 Dorota Lipińska

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka

Comments

comments

3
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Marta SzyszkoDorota LipińskaSanti Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Santi
Gość

Cudowny wpis. Bo taki prawdziwy. Rozpoznaję każdą ze swoich rozterek :) Będę zaglądać częściej.

Dorota Lipińska
Gość

Dziękuję za te słowa, Santi. Przesyłam pozdrowienia :)

Marta Szyszko
Gość

co drugi wtorek Dorota pisze na Niedoskonałej Mamie :)