Tydzień 25

Październik 2010

Nie pracuję już. Nie zawodowo w każdym razie. Zaczynam się do tego przyzwyczajać, chociaż to dziwne uczucie, kiedy wszystko spowalnia. Czuję się, jakbym długo biegła i nagle sama sobie zadaję pytanie po co? – przecież mogę iść. Nadal mam wiele zajęć – uczę się na studia (bo rozpoczęłam właśnie kolejne), prowadzę teraz dom w pełnym tego stwierdzenia znaczeniu (aczkolwiek stwierdzenie to nad wyraz zabawne, no bo gdzie ja ten dom mogę prowadzić? Ku porządkowi? Ku pełnej lodówce? Ku obiadowi na stole? :)).

Piszę teksty dla dzieci, bo bardzo chciałabym, żeby strona, którą przygotowuję, była zapełniona treścią od pierwszego dnia (a ma ruszyć w dniu narodzin mojego dziecka). No i właśnie – przygotowuję powoli dom na przybycie mojej córci.

Coraz więcej myślę o porodzie. Choć jeszcze nieco ponad trzy pełne miesiące dzielą mnie od tego cudu natury, zaczynam przygotowywać się do niego psychicznie i fizycznie. Zajęcia w szkole rodzenia wiele mi dają – dzięki temu, iż uświadamiam sobie czym w rzeczywistości jest poród, coraz mniej we mnie obawy. Myślę, że najważniejsze jest okiełznanie bestii, jaką jest strach; a nie ma dla mnie lepszego sposobu na to niż zwiększanie świadomości. Do niedawna wydawało mi się, że wszystko w rękach położników, że bez szpitala poród w ogóle jest niemożliwy. Te cotygodniowe zajęcia przekonują mnie jednak, że wszystkie potrzebne do wydania na świat człowieka atrybuty posiadam ja sama. Wiedza medyczna, jaką posiada personel może mnie wspomóc, zwłaszcza w przypadku powikłań, ale to tyle – reszta w moich rękach, hm… w moim kroczu :)

Położna tłumaczyła nam wczoraj, że niezmiernie ważne jest, aby wyzwolić w sobie zwierzę, pozwolić, aby instynkty przemówiły, bo nasze ciało samo wie doskonale jak się zachować. Dodała również, że często poród przedłuża się, bo blokuje nas myśl o tym, że coś wypada bądź czegoś nie wypada robić. Coś w tym jest, bo najbardziej boję się własnej fizjologii w czasie porodu. Boję się, że będę załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne przy innych, boję się całkowitego obnażenia – po prostu.

Jednocześnie myślę o porodzie coraz „normalniej”. Nie wydaje mi się już tak obcy i niebezpieczny – zaczynam traktować go raczej jak bardzo intymny moment, który czeka naszą rodzinę. I w takim kontekście myśl o nim rozlewa się ciepłem w moim sercu. Jeszcze parę miesięcy temu myśleliśmy z D., że możemy zacząć rodzić razem, ale jak przyjdzie co do czego, on wyjdzie z pokoju. W pewnym momencie, nawet nie wiem kiedy, naturalnym stało się, że to dotyczy nas obojga, to nasze dziecko przecież – i we trójkę wejdziemy w ten nowy etap naszego życia.

Niby to coraz bardziej oswojony temat, a jednak podświadomie muszę być przerażona, bo coraz częściej śnię o porodzie i w tych snach dominuje jednak obawa – jak by nie było – jeszcze przez kwartał będzie to dla mnie tylko teoretycznie znajomy temat.

Dorota Lipińska

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments