W przeszłości otaczałam się ludźmi, którzy nie chcieli mnie poznać, a jedynie skategoryzować. Najczęściej wyrzucić z siebie własne kompleksy, obarczając nimi mnie. Mówili – kłótliwa, dziwoląg, leniwa, na utrzymaniu męża, a ja łykałam. Broniłam się, ze wszech miar chciałam potwierdzić pozytywny obraz siebie, dlatego, że sama nie byłam co do niego przekonana.

Gdy miałam w jakimś miesiącu słabsze zarobki, zrezygnowana opadałam – no tak, mieli rację. Gdy odwiedzałam gabinet dentystyczny, w którym ciężarna asystentka podawała przybory, myślałam – no tak, nieambitna, ja w ciąży leżałam do góry brzuchem, a inne pracują. Mieli rację.

A teraz, gdy mój biznes jest coraz bardziej stabilny, gdy czytam historie kobiet, które nie tylko nie wychodziły na zero w pierwszych latach, ale jeszcze do niego dokładały, co dla mnie od początku było nie do przyjęcia, myślę sobie – dałam radę, choć nikt (na czele ze mną) w to nie wierzył.

I zadaję sobie pytanie – kto ustala te cholerne standardy?

Zrozumiałam, że nie jest najważniejsze, co mówią i robią inni, ale jak to na mnie wpływa. Bo cudze zachowanie jest poza moją kontrolą i próba jego zmiany to strata energii. Za to mogę do woli pracować nad sobą. Mogę konfrontować naleciałości z przeszłości, by lepiej rozumieć teraźniejszość. Mogę odbić się od smutku, który wydawał się nie do zniesienia, by wpuścić pokłady radości, o jakie się nie podejrzewałam. Mogę nazywać rzeczy po imieniu i nie pozwolić nikomu  zaprzeczyć mojej prawdzie.

Mogę nie zabiegać o ludzi, którzy na dzień dobry bombardują mnie negatywnym obrazem samej siebie, który niewiele ma wspólnego z tym, kim naprawdę jestem i kim chcę się stać. Tak niewiele osób zadało sobie trud, by poznać prawdziwą mnie, co gorsza ja sama go sobie nie zadałam.

Coraz częściej sama siebie chwalę – brawo! To prawdziwy krok do przodu. Nawet, jeśli na klepanie po ramieniu z zewnątrz liczyć nie mogę. Nie szkodzi. Mam dwa ramiona i dwie ręce – sama się poklepię. :) W życiu nie warto czekać na dwie rzeczy: właściwy moment i cudzą aprobatę. Ten pierwszy nie istnieje, a ta druga nie zależy od nas, choć oczywiście miło, gdy możemy na nią liczyć. Ale czy jej brak powinien powstrzymywać? Nie, bo to twoje życie, więc nie pozwól innym trzymać pałeczki.

– Mamo, cieszę się, że jesteś w domu, chociaż też w nim pracujesz, ale to nie szkodzi. Przytuliła mnie córka i zrozumiałam, dla kogo warto się starać i kto może mi pomóc w ustaleniu hierarchii.

Daję sobie prawo do tego, przed czym chciałam się bronić by uniknąć krytyki, a może zasłużyć na aplauz – do nieambicji, do lenistwa, do ustalenia swoich własnych standardów.

Doceniam ciepłe spojrzenie spełnionej kobiety, z którą przelotnie mijałam się w drzwiach, i której pewnie więcej już nie spotkam, ale zapamiętam tamten moment, bo dał mi dawkę pozytywnej energii.

Daję sobie prawo do tego, żeby otaczali mnie tylko właściwi ludzie, z pewnością kosztem ilości. Do nadziei, że zasługuję na codzienne pomnażanie szczęścia i rozsyłanie uśmiechów.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments